— Nie ma miejsca dla nas. Jaskinie i pieczary, w których oni żywot, wierzę, iż rajski, prowadzą, szczupłe są niewątpliwie w stosunku do zaludnienia...

— Więc niech nam miejsca ustąpią! Niech oni idą tutaj bić się z szernami!

— Tak, tak! — krzyknięto ze wszech stron.

Łysy człowiek uśmiechał się ciągle.

— Jak ich zmusić do tego? co? nie wiecie?

Jakiś zapaleniec o wychudłej, poczerniałej twarzy przyskoczył do niego z pięściami:

— Mataret! milcz! jesteś przekupiony...

Hałas wszczął się znów większy. Izba huczała, jak wnętrze ula podczas roju; w powietrzu krzyżowały się krzyki, dowodzenia, wołania. Chwilami, kiedy gwar na jeden moment przycichał, słychać było miarowe, uparcie powtarzane słowa Matareta:

— A ja wam mówię, że miejsca tam już nie ma...

Dalsza część zdania ginęła jednak nieodmiennie w zrywającym się znów zapamiętałym wrzasku.