W pewnej chwili ktoś stojący koło drzwi zawołał:

— Roda idzie!

Zwrócono się żywo, aby witać mistrza.

Jakoż wszedł istotnie, a raczej wbiegł, rzucając się natychmiast bez tchu na najbliższe krzesło. Był bez czapki — bluza na nim była rozdarta — zmierzwione włosy i liczne sińce na twarzy i odkrytej piersi świadczyły o przebytej walce.

— Co się stało? mistrzu! — poczęto wołać do niego ze wszystkich stron.

Roda dał znak ręką, aby się uciszono. Siedział z głową bezwładnie na poręcz krzesła opuszczoną i dyszał ciężko. Oczy miał przymknięte — wśród zakrwawionych warg widać było dziurę, powstałą przez wybicie dwóch zębów przednich.

Mataret jeden nie ruszył się z miejsca. Siedział wciąż na stole i ze zwykłym uśmieszkiem patrzył spod przymrużonych powiek na mistrza.

— A nie mówiłem! — rzekł po chwili. — Pewnie znowu miałeś kazanie do ludu!

Roda się zerwał. Oczy mu się zaiskrzyły; wzniósł w górę pięść, sterczącą z podartego rękawa, i potrząsając nią groźnie, począł wołać zapuchłymi od uderzeń ustami:

— Niegodni! niegodni niewolnicy! podły ciemny tłum! bydło!