Młodzi zrywali się, jak gdyby biec już chcieli do Kraju Biegunowego, pewni powodzenia i zwycięstwa. Ten i ów na głos snuł plany fantastyczne o zdobyciu i podziale krajów tajemniczych na „tamtej stronie” — w oczach zapaleńców cała pustynia bezpowietrzna wydała się naraz jakimś czarodziejskim rajem niesłychanym, zbiorem grot najcudniejszych, pełnych miast kryształowych, łąk, kwiatów, słońc sztucznych i wszelkiego bogactwa! Mówiono o nocach jasnych, kiedy przez szczeliny głębokich wąwozów patrzy się w górę na promienną Ziemię nad głowami, i o rozkosznych dniach, których żar złagodzony jest słodkim i wilgotnym cieniem sklepień kamiennych.
Ktoś zdjął ze ściany mapę Księżyca, z drogocennych szczątków kart po Starym Człowieku przerysowaną — i rzucił ją na stół. Kilkanaście głów się nad nią pochyliło; wodzono palcami po obszernych równinach Księżyca, które znają światło Ziemi nocami, wskazywano rysy, szczeliny, góry, kłócono się już o położenie największych miast i sposób komunikacji między nimi...
Mataret niezadowolony, że go strącono ze stołu, usunął się w kąt izby i usiadł w milczeniu na stosie ksiąg, w pyle się walających. Zbliżył się Roda ku niemu.
— Jakże ci się mój plan podoba? — zagadnął niby mimochodem, nie chcąc się zdradzić tonem, że mu zależy na zdaniu dziwaka.
Mataret, wbrew zwyczajowi, przestał się uśmiechać. Wzniósł tylko brwi i ruszył nieznacznie ramionami:
— Wóz jest podobno strzeżony — rzekł.
— Straż jest nieliczna, możemy nią łatwo zawładnąć...
— Tak...
Wsparł dłonie na kolanach i milczał przez pewien czas w myślach zatopiony. Naraz wzniósł głowę:
— Roda, kiedy wyruszamy do Kraju Biegunowego?