Przyświadczyła niemym skinieniem głowy.

Jeret zmarszczył brwi i poruszył niespokojnie dłonią. Spojrzał na Matareta, jakby jego obecność powstrzymywała go od odpowiedzi.

— Weź mnie! — powtórzyła — ja chcę do Zwycięzcy!

Oczy jej płonęły prawie radośnie, odblask jakiejś nadziei rozświetlał jej białe, wewnętrzną gorączką strawione lica.

Jeret się odwrócił.

— Pilnuj szerna, którego ci zostawiono! Dość jeden w więzach na ciebie!

Ihezal pobladła i cofnęła się w tył.

— Jeret! — krzyknęła.

Ale on wychodził już ze świątyni, nie oglądając się nawet poza siebie.

Dziewczyna pochyliła głowę i stała przez pewien czas bez ruchu. Wir dziwnych, w szalonym kole tańczących myśli ją ogarnął. Huczały jej w piersi jakieś hymny radosne, że on jest... że może być, jak ona, człowiekiem, a jednocześnie czuła ból, jakby kto nagłą i niepojętą pustkę w jej duszy uczynił...