Obejrzała się trwożliwie. Przez pustkę wewnętrzną odczuła mimo woli silniej pustkę miejsca, gdzie się znajdowała, pustkę ogromnej, opuszczonej świątyni. Odruchowo przypadła do stóp jakiejś kolumny, wtulając się między podstawy wielkich kamiennych kadzielnic.

Próżne były i wystygłe. Od dni już długich nie rzucał nikt wonnej żywicy do wnętrza miedzianych czar, kędy się walały w pyle resztki węgli, niegdyś świętych. Na pniu kolumny znać jeszcze było czarne ślady dymu, który stąd niegdyś wznosił się ustawicznie.

Patrzyła na otaczającą ją pustkę zdziwionymi, szeroko w lęku rozwartymi oczyma, jak gdyby ją dzisiaj po raz pierwszy dopiero spostrzegła i zauważyła.

— Jak to było? — powtórzyła szeptem bezwiednie — jak to było? jak było?...

Sny jej się dziewczęce przypomniały, a potem zjawa jasnego ziemskiego przybysza...

— Gdzie on teraz jest?...

W uszach zadźwięczały jej zasłyszane niegdyś zgrzytliwe słowa:

„Przeszedł Zwycięzca nad morzem i przez kraj przeszedł nizinny, a oto stało się, że do gór przyszedł wyniosłych i stanął przed nimi bezradny...”

I znowu:

„Służyć nam będzie plemię człowiecze — z wyjątkiem tej, która zechce zostać panią i pójdzie za szernem...”