— Mataret, czy już wiesz?

Ten, zamiast odpowiedzieć, przystąpił ku niemu i ujął silnie za łokieć.

— Zawołaj ludzi, którzy mają nam towarzyszyć — rzekł — wyruszamy zaraz.

— Czyś oszalał? — krzyknął Roda — patrz!

Wskazywał ręką na zaciemniające się chmurami niebo, pod którym wicher już hulał i wpadał ze świstem w opustoszałe ulice, targając ubrania na nich, jedynych dwóch ludziach, którzy się jeszcze przed burzą do domów nie schronili.

— Wyruszamy natychmiast — powtórzył Mataret spokojnie.

Stanowczy, niemal rozkazujący ton, którego dotychczas nigdy nie przybierał, zadziwił Rodę. Spojrzał na towarzysza w zdumieniu, nie wiedząc prawie, jak się zachować... Mataret, spostrzegłszy jego zakłopotanie, uśmiechnął się:

— Mistrzu, jesteś wielki i nigdy czcić cię nie przestanę, ale wierz mi, że nam nie wolno już teraz tracić czasu. Mam swoją myśl...

Deszcz jeszcze lał strugami, jakby niebo w wodę się roztopiło, kiedy jedenastu ludzi w płaszcze owiniętych wykradało się z bram miasta z małym zaprzęgiem psów, dążąc odwiecznym szlakiem ku północy.

VII