— Tak, już ją macie... od Zwycięzcy... — powtórzył Elem z wolna, jakby w roztargnieniu.
— Wasza Wysokość... — Jeret spojrzał znów ku drzwiom.
— Czy widziałeś wnuczkę Malahudy? — zapytał arcykapłan, zmieniając nagle ton.
Jeretowi twarz sposępniała. Zmarszczył brwi i nie odrzekł ani słowa. Elem tymczasem mówił dalej z przyjaznym uśmiechem:
— Pozostawiłem jej dawny pałac. Nie tyle ze względu na Zwycięzcę, którego te sprawy nie powinny właściwie obchodzić, jak przez pamięć o rodzie jej dostojnym... Czy wciąż poza Zwycięzcą nic nie widzi? — dodał, zwracając się wprost do Jereta — nawet teraz, kiedy jego tu nie ma?
Jeret ruszył niechętnie ramionami.
— Nie pytałem jej o to. Moja rzecz: wojna z szernami. O resztę się nie troszczę.
— Tak — rzekł Elem, odstępując nieco — tak, słusznie cię tutaj mają za największego bohatera ze wszystkich, jacy kiedykolwiek żyli na Księżycu... Posłowie poprzedni opowiadali, że to ty właściwie sprawiasz szeregi i ty właściwie odnosisz zwycięstwa.
— Wasza Wysokość! — krzyknął Jeret porywczo — proszę mi pozwolić odejść!
— Idź już — rzekł Elem z uśmiechem. — A pokłoń się Zwycięzcy do nóg ode mnie, który sługą jego jestem i psem na równi z tobą.