— Do rzeczy, do rzeczy! Gdzie jest straż?

— Odeszli, panie. Z początku było ich tu dwudziestu, ale tutaj jest kraj nudny i tylko Bracia Wyczekujący wytrwać tu mogli. Strażnicy tęsknili do domów i nie mieli tu co robić. Odchodzili więc po dwóch, po trzech, niby to na krótki czas, zdając pieczę nad wozem tym, którzy pozostawali. Ale żaden z nich, odszedłszy, nie wrócił. W końcu zostałam ja z dwoma najmłodszymi tylko. Aż i tym się znudziło. Nie wytrzymali. Poszli i oni, kiedy słońce stało na południu, ot ponad tymi górami. Mnie przykazali wozu pilnować, więc pilnuję...

— Nie jestże to przepyszne, co? — zaśmiał się Mataret. — Czcigodna Nechem jako jedyna niezłomna strażniczka wozu świętego!

Roda się żachnął.

— To jest łajdactwo! Taka ucieczka, takie lekceważenie nałożonego obowiązku!

— O co się ty gniewasz właściwie? — spytał Mataret półgłosem, patrząc na niego zdumionymi naprawdę oczyma. — Przecież na tej niedbałości strażników myśmy chyba wyszli najlepiej.

— Ale mogliśmy wyjść jak najgorzej! — oburzył się mistrz. — Pomyśl tylko, gdyby tu był kto przyszedł przed nami i zepsuł wóz...

— Nie byłabym dała! — krzyknęła Nechem i błysnęła zębami, gotowa jak zwierz rzucić się na każdego, kto by się ośmielił własność Zwycięzcy naruszyć. — Nie byłabym dała, panowie, chociaż jestem sama! Powiedzcie Zwycięzcy, który was wysłał, że wszystko jest w porządku...

Roda chciał coś odpowiedzieć, ale Mataret chwycił go szybko za rękę, dając mu znak milczenia.

— Tak, Zwycięzca nas posłał tutaj — rzekł, zwracając się do kobiety. — Mamy z jego polecenia stan wozu zbadać i donieść mu, czy wszystko jest w porządku...