Łatwiej to jednak było rozkazać, aniżeli wykonać. Żołnierze padali dosłownie z wyczerpania, w gardłach im zasychało, ręce się trzęsły, a oczy oślepłe od błysku ustawicznych strzałów zaledwie zdołały rozróżnić drogę przed sobą.

— Wypocznijmy, panie! — wtrącił Jeret nieśmiało.

Ale Marek potrząsnął głową przecząco.

— Ani godziny — rzekł — słońce nam ucieka, a szernowie mogą się opamiętać!

— Połowa żołnierzy padnie...

— Tak, lecz druga połowa dojdzie za mną tam!

Mówiąc to wskazał na wieże, błyszczące ostatnimi promieniami słońca, kryjącego się już za okolnymi turniami.

Ryknęły więc znowu działa i zaczęto się wdzierać na bystry stok, pod gradem pocisków i kamieni, z góry przez szernów sypanych.

Nie wiadomo, jaki byłby wynik tego szaleńczego szturmu, gdyby nie szczęśliwy przypadek. Kiedy żołnierze zaczynali się już mieszać i cofać mimowolnie, tak że lada chwila mógł zgubny popłoch wśród nich wybuchnąć, Nuzar, idący na przedzie obok Zwycięzcy, odkrył z wrodzoną sobie bystrością pod załomem skały wejście do pieczary, z wiodącymi wewnątrz w górę stopniami. Była to widocznie droga do miasta dla mieszkańców, chcących się podczas znużenia lub zbyt silnego wichru nogami zamiast skrzydeł posiłkować.

W tę ciemną szyję, zakrywającą przede wszystkim od pocisków z góry miotanych, wprowadził Marek natychmiast swoich junaków. Kute wrota, zapierające przejście w pewnej wysokości, wysadzono bez trudu wybuchem podłożonej miny i wspinano się wzwyż, strzelając na oślep przed siebie, aby drogę z nieprzyjaciół oczyścić.