Wreszcie rąbany w skale korytarz się skończył i wojownicy wyszli nagle na obszerną łąkę, na łagodnym stoku wzgórza ponad skałami już położoną. Z dołu widać jej nie było i oni też nie widzieli stąd swych towarzyszów, przy armatach pozostawionych, ale słyszeli ciągle łoskot strzałów bijących w mury miasta, które się wznosiło o kilkaset kroków wzwyż przed nimi. Marek kazał dać trzykrotną salwę, jako umówiony znak, aby ognia z dołu zaprzestano, i ruszył wprost na miasto wybitym w murach wyłomem.
Popłoch ogarnął szernów. Stała się snadź145 rzecz dla nich zgoła niespodziewana, bo nie próbując już nawet obrony, zerwali się jak spłoszona chmura ptactwa drapieżnego i zaczęli uciekać w dół, zostawiając miasto zwycięzcom.
Słońce właśnie zachodziło, kiedy Marek, kazawszy wciągnąć na linach w dole zostawione działa, obwarowywał się na długą noc w opustoszałym grodzie. Ognie wszędzie rozpalono i czujne postawiono straże w obawie nocnego szernów napadu; część wojska stała na zmianę w pogotowiu, z ręką na broni, śledząc oczyma, czy gdzie nad głowami nie błyśnie słabym obrzaskiem czoło przelatującego szerna, aby go razić natychmiast strzałem niechybnym.
Marek tymczasem przy zapadającym mroku zamknął się samowtór z Jeretem w jednym gmachu ogromnym i sklepistym, w gruz się już od starości i niedawnych strzałów armatnich rozpadającym.
Siedział na jakimś głazie do starego ołtarza podobnym, z łokciami wspartymi na kolanach i z brodą w dłoniach ukrytą, i patrzył szeroko rozwartymi, nieruchomymi oczyma w płonące ognisko. Nieopodal na rozesłanej skórze legł Jeret. Raniony był w nogę rzuconym z góry kamieniem; na wychudłej od trudów i poczerniałej twarzy świeciły mu jeno oczy blaskiem gorączkowym. Uniósł się nieco na łokciu i opowiadał Zwycięzcy, gestykulując drugą ręką, dzieje przebytego dnia. Mówił, jak od morza aż po góry szli krajem pustym, spotykając po drodze jeno wystygłe zgliszcza, które ongi za pierwszym przejściem zostawiono — i jak na wstępie do kraju górzystego spotkał zastępy szernów, usiłujących w walce pochód jego wstrzymać. Prawił o trudach i wysiłkach niezmiernych i o bitwie nieustającej, gdzie każde staje146 drogi trzeba było krwią kupować — i o grożącym już pogromie u stóp góry, od którego wybawiła go jeno dość wczesna pomoc Markowego wojska...
A Zwycięzca słuchał w milczeniu, zasępiony i nieruchomy. Jeno kiedy Jeret, o poselstwie wspomniawszy, opisywał zamieszanie i niechęć tam, w kraju ludzkim, brwi mu się zbiegły na chwilę i rzucił głową jakimś dumnym ruchem niechęci...
Młody wojownik wreszcie zamilkł i badawczym wzrokiem począł patrzyć w twarz Marka. Znać było, że drga mu na ustach powstrzymywane czcią pytanie: co dalej? Po czynie ostatnim i wprost niepojętym zwycięstwie wygubił w sobie wszelkie, jeśli jakie istniały, wątpliwości o posłannictwie i boskiej mocy jasnego z Ziemi przybysza, ale niemniej troska o przyszłość myśl mu ćmiła radosną. Wiedział, że choćby Zwycięzca walkę całą chciał dalej prowadzić, to żołnierze padną z trudu samego i wycieńczenia.
I Marek to czuł także. Teraz w zdobytym mieście szernów, w górskiej, obronnej, a przecież wziętej pieleszy widział jaśniej niż kiedykolwiek, że o ostatecznym, nieodwołalnym zawojowaniu księżycowych pierwobylców nie może być nawet mowy. Potrzeba by na to lat całych i sił bez porównania większych niż te, jakimi ludzie tutaj w ogóle mogli rozporządzać...
Niewesołe dumania przerwało mu wejście kilku żołnierzy ze straży. Prowadzili oni szerna, ze starości już posiwiałego, którego ujęto w pobliskim gmachu. Ponieważ nie usiłował się zgoła bronić ani uciekać, więc go nie zabito, lecz wedle rozkazu Zwycięzcy, który kazał jeńców brać żywcem dla języka, przyprowadzono w zdrowiu przed jego oblicze.
Stary szern opończę na sobie miał przedziwną, gęstym a bezcennym szytą kamieniem, i obręcze z wyrabianego złota na ręku i nogach. Przywiedziony przed Marka, patrzył na niego ciekawie, ale spokojnie.