O pewnej godzinie popołudniowej, kiedy wchodzili już na rozległe równiny, Marek zbliżył się do niego na postoju. Nie mówili dawno z sobą, toteż Jeret drgnął, kiedy usłyszał niespodziewanie głos Zwycięzcy.
— Jeret — rzekł on — chciałem się z tobą naradzić...
— Jestem tu, panie, aby słuchać twoich rozkazów.
Marek skinął na niego i wyszli obaj poza obóz na małą wyniosłość ponad płynącą leniwie rzeczułkę. Widać stąd było nieliczne namioty (resztę ich w walkach utracono bezpowrotnie) i krzątających się dookoła nich żołnierzy. Obdarci byli i słońcem opaleni; na wychudłych ich twarzach rysowały się wyraźnie ślady przebytych trudów. Poruszali się jednak żywo, znosząc wodę w wiadrach na uwarzenie strawy — straże obchodziły obóz miarowym krokiem z bronią na ramieniu. Marek patrzył przez pewien czas w milczeniu na ten stopniały do połowy zastęp wiernych swoich towarzyszów, aż naraz zwrócił się do Jereta z zapytaniem:
— Co myślisz o tych ludziach?
— Byliśmy ci wszyscy wierni i spełniliśmy, co leżało w naszej mocy, Zwycięzco...
— Dlaczego nazywasz mnie ciągle „Zwycięzcą”? — zauważył Marek.
Jeret nie odrzekł ani słowa. Więc Marek zapytał znowu po chwili:
— A o mnie co myślisz?
Teraz młody dowódca wzniósł na niego oczy i odparł szczerze: