— Nie wiem.
Marek uśmiechnął się.
— Mniejsza. Nie o tym chciałem mówić... Dostałem się między was na Księżyc i pełnię trud, który wziąłem na siebie dobrowolnie. W krajach, które odtąd, gdzie stoimy, ciągną się ku morzu, mieszkali niegdyś szernowie. Nie zdołaliśmy ich w górach wytracić, ale te żyzne łany przed nami są wolne. Oddam je ludziom na posiadanie.
— Nim ludzie tu przyjdą — ozwał się Jeret po chwili — szernowie powrócą do swych zburzonych miast na nizinach i trzeba będzie nową walkę toczyć.
— Nie. Ludzie tutaj już są i nie powinni pozwolić szernom na powrót.
Jeret spojrzał na niego zdumiony.
— Ty byś chciał, panie?...
— Słuchaj mnie — rzekł Marek, przerywając mu. — Myślałem nad tym długo, co wypada robić, i wahałem się nawet... To sąsiedztwo szernów w górach nie jest bezpieczne ani wygodne, ale niepodobna nam już opuścić zawojowanego kraju, jeśli cała wyprawa nasza nie ma być zgoła bezowocna. Tam, z tamtej strony morza, zaczyna wam być ciasno — tutaj są ziemie bujne i bogate... A od szernów przecież będziecie się umieli bronić... Tych krajów nam już opuszczać nie wolno.
Jeretowi nagle rozbłysły oczy.
— Zwycięzco! więc my nie idziemy do domów?