— Z radością to wyrzekłeś...
— Tak, panie. Z radością. Bo ja... nie mam tam nic...
Urwał i sposępniał nagle. Marek zrozumiał, że Jeret myśli o dziewce. Wyciągnął dłoń i dotknął z lekka jego ramienia...
— Jeret — rzekł — wierz mi, że nie masz powodu...
— Nie mówmy o tym, panie. Rad jestem, że krew nasza nie na próżno była rozlana. A obawiałem się już, że zechcesz nas odwieść stąd...
— Ale czy wy pozostać zechcecie?
— Ludzie są zmęczeni i pilno im do domów. Myślę jednak, że zostaną, gdy im ty, Zwycięzco, rozkażesz. Początkowo będzie tu ciężko, bo szernowie zapewne pokoju nam nie dadzą. Zostaniemy jednak, dopóki inni nie przyjdą, aby się tutaj już osiedlić, i obrony stałej nie utworzą.
— Czy i ty chcesz tu pozostać?
— Tak. Na zawsze.
— Jak wolisz! Myślałem zabrać cię z sobą.