Awij dnia tego posępny był i mrukliwy. Nie odpowiadał jej na pytania, nie prawił zwykłych, długich, dziwnych a straszliwych powieści... Kilkakrotnie powtarzał tylko, jakby tonem rozkazu: „Puść mnie, rozwiąż!”.

I teraz to były pierwsze słowa, którymi przywitał wchodzącą złotowłosą. Zgojone od dawna skrzydła rozpostarł, o ile mu na to pozwalały łańcuchy — i krwawe światła zaczął wydobywać z siebie.

— Puść mnie! — zakrzyknął wreszcie — puść mnie! Czuję, że wiatr jest nad morskimi falami i słońce. Puść mnie, wolnym chcę być!

— Z mojej łaski?

— Mnie łaski wyświadczyć nie można. Stoję daleko poza tym wszystkim, co wy łaską, litością albo krzywdą nazywacie. Chcę być wolnym przez wolę swą, której ty jesteś narzędziem.

— Nie jestem.

— Będziesz.

— Zginiesz, jeśli cię uwolnię.

— Nie zginę. Jeśli rozkujesz moje więzy, będę królem nad tobą, będę królem nad tą tłuszczą psów, a przez jak długi czas? Cóż to kogo, ciebie lub mnie obchodzi?

— Współbraci twoich Zwycięzca wycina.