— Kamień, lecący z góry, miażdży krzewy po drodze, a przecież spadnie nisko i leżeć już będzie na wieki. A krzewy odrosną. My mamy moc.

— Tymczasem ty jesteś w więzach i ja cię mogę bić, jeśli mi się spodoba.

— Mówisz tak do mnie, abyś sama słowa swoje słyszała, bo czujesz, że jesteś niczym wobec mnie...

Ihezal zbliżyła się z wolna do potwora i jąwszy ułomek laski, porzucony gdzieś w kącie, zamierzyła się, chcąc go w twarz uderzyć. Szern nie drgnął nawet. Rozwarł tylko szeroko czworo swoich krwawych oczu, do czterech nieruchomych ogni w tej chwili podobnych.

Ihezal opuściła rękę bezwładnie.

— Awij! Awij! — krzyknęła mimowolnie.

Cofnęła się w głąb, krzyżując ręce na piersiach.

— Ziomkowie twoi napadli nasz kraj — rzekła po chwili zgoła niespodziewanie.

Szern nie okazał zdziwienia ani radości. Milczał przez pewien czas.

— Za wcześnie — ozwał się wreszcie. — Jeszcze nie nadeszła pora...