— Do nóg moich, psy! na twarz, na twarz! Skomleć mi tutaj o życie, którego wam nie dam!
Nie wiadomo co by się było stało, bo odruchowo w nieprzytomnym strachu niektórzy ze starszyzny i ludu zatoczyli się już, jakby mając runąć pod nogi potwora, gdy nagle u wrót świątyni zabrzmiał potężny, znajomy głos:
— Ludu! stój!
Obejrzeli się wszyscy. Na niskiej z kwadratowego głazu kazalnicy obok wejścia stał Malahuda. Szarą miał szatę na sobie, bez oznak żadnych i ozdób, na której odcinała się tylko długa, siwa broda, ale z postawy jego całej biło dawne, przemożne dostojeństwo. Znać było, że przyszedł ująć władzę w tej ciężkiej chwili.
— Malahuda! Malahuda! arcykapłan! Cudem się jawi! — poczęto krzyczeć ze wszech stron i cisnąć się ku niemu.
A on, objąwszy okiem świątynię, powstrzymał napór i uciszył zmieszane gwary jednym ruchem dłoni.
— Szerna odprowadzić do lochu — rzekł — a lud na plac, przed świątynię. Tam wydam rozkazy.
Rzucono się na Awija i wepchnięto w mgnieniu oka do podziemia, gdzie pachołkowie przywiązali go znów do kamiennej ściany. Tłum tymczasem zaczął się ze świątyni przez szerokie wrota na dziedziniec wywalać.
Malahuda przeczekał, aż cała fala podle166 niego przepłynęła, po czym ostatni wyszedł z opustoszałej hali, nie rzuciwszy nawet okiem na Elema, w głębi nieruchomo i samotnie siedzącego.
Ze schodów zwrócił się wprost na arcykapłańską mównicę, górującą nad placem. Powitano go zapamiętałym okrzykiem radości. Wiatr rozwiewał jego długi, biały włos, nienakryty kołpakiem ani złotą obręczą nie spięty — dłoń, którą wzniósł nad tłumem, bez pierścieni była i bez arcykapłańskiej laski, a jednak ugięli się wszyscy na jego znak i zamilkli, aby rozkazów wysłuchać.