Spuściła głowę.

— Czuwałam nad tobą prawie przez cały czas, kiedy spałeś, Zwycięzco.

— Jak weszłaś tutaj? — zapytał — drzwi zamknąłem za sobą...

— Ja mieszkam tutaj... — Zostałam w gmachu łączącym się ze świątynią, który dziadek mój, arcykapłan Malahuda, opuścił. Chciałam być w pobliżu, aby ci móc służyć, panie. Ale jeśli każesz, opuszczę te komnaty.

— Zostań. Gdzie dziadek twój?

— Nie ma go. Poszedł na te równiny szerokie, które stąd widzisz, Zwycięzco, a może w te góry tam na północy poza śnieżnym Otamorem, albo na morze sine... Nie ma go już, jak nie ma dnia wczorajszego, jak nie ma niczego, co wczoraj jeszcze było: jesteś tylko ty jeden...

Mówiła to śpiewnie, z dziwnym upojeniem w głosie, który zdawał się wzbierać i drżeć, jakby chciał więcej powiedzieć, niż te proste słowa wyrażały.

Marek wyciągnął z wolna rękę i położył ją lekko, ostrożnie na filigranowym ramieniu dziewczęcia. Patrzył na nią przez chwilę z jakimś mimowolnym podziwem, aż naraz zapytał:

— Słuchaj! czy ty wierzysz, że ja jestem owym, przez proroków waszych zapowiedzianym Zwycięzcą? Wierzysz naprawdę?

Ihezal spojrzała na niego szeroko rozwartymi oczyma.