— Tak, tak. Wydaj polecenie. Chciałbym z nim mówić o wielu rzeczach...
Stała, patrząc mu w oczy śmiało i spokojnie, jakby czując się już jego wyłączną własnością — świętą i nietykalną.
— Wydaj polecenie — powtórzył.
Wyciągnęła dłoń ku niemu:
— Daj mi, panie, znak, że mam prawo wydawać rozkazy w twoim imieniu, a poślę ludzi na poszukiwania.
Marek zawahał się, nie wiedząc, co zrobić, gdy naraz przypomniał mu się dawny, z powieści mu już tylko znany ziemski obyczaj przelewania władzy. Z uśmiechem ściągnął pierścień z palca i podał go oczekującej dziewczynie.
Wzięła go i bez słowa zwróciła się ku schodom, z dachu płaskiego w głąb świątyni wiodącym.
Przeszła przez nawę i bocznymi drzwiami zapuściła się w głąb opuszczonego pałacu arcykapłańskiego...
Gdy po pewnym czasie wyszła stamtąd, miała na sobie strój bogaty: na szczelnie zapiętej fioletowej tunice lekkie futro złociste i sznur krwawych bursztynów prorokini Ady na szyi. Zbliżyła się teraz do miedzianych drzwi świątyni, z zewnątrz zapartych, i odsunąwszy wrzeciądze, rozwarła je na oścież.
Na dziedzińcu czekał lud. Co starsi i godniejsi zgromadzeni byli z Elemem na schodach, czekając cierpliwie przebudzenia się Zwycięzcy, aby ułożyć z nim nowy porządek rzeczy i ład zaprowadzić, przez złożenie władzy najwyższego dostojnika, Malahudy, naruszony. Nieopodal stał Jeret z młodzieżą, snując w zapalczywej głowie plany wojenne: pilno mu było iść ze Zwycięzcą tam, na drugą, tajemniczą stronę Wielkiego Morza, aby szernów potwornych, nim się spostrzegą, we własnych ich gniazdach wydusić...