— W broń palną szeregi swoje uzbroi — powtarzano — w straszliwą broń, którą sam raził szernów uciekających przed oczyma naszymi!

— I zapas piorunów rozda między wojowników! Zdobędziemy bogactwa szernów i wytracimy ich do nogi!

— Tak, tak! Księżyc należy do ludzi. Stary Człowiek oddał go nam w dziedzictwo!

— Niech żyje Zwycięzca! niech żyje! niech żyje!

Sławiono go znowu i wielbiono bez końca.

A on dostojnym ruchem monarszym skinął tłumowi i miał się już cofnąć z łaskawym na ustach uśmiechem, gdy naraz poczuł, że ktoś podniesioną dłonią dotyka jego łokcia...

Stał obok niego człowiek niewielki, o dużej, bujnym włosem porosłej głowie, i patrzył na niego przenikliwie, niemal groźnie, drobnymi, siwymi oczkami.

— Jeśli masz skargę lub prośbę, udaj się z tym do Ihezal — rzekł Marek.

Człowieczek potrząsnął głową na znak przeczenia.

— Z tobą chcę mówić — odezwał się — i spytać cię, dlaczego lud bałamucisz?