— A skądże ja przybywam, jeśli łaska?
Roda nie odpowiedział natychmiast. Siedząc na stole, obok którego zajął miejsce Marek, wsparł dłonie na kolanach i nachylił się nieco, patrząc wciąż w oczy Markowi, jakby z góry chciał zbadać wrażenie, jakie słowa jego wywrą. Po chwili dopiero rzekł powoli i dobitnie:
— Przybywasz pan... z tamtej strony.
— Nie rozumiem — rzekł Marek zupełnie szczerze.
Roda skrzywił się znowu z niechęcią.
— Widzę, że nie chcesz pan być ze mną szczerym — rzekł — ale mniejsza o to. Na dowód, jak dokładnie znam prawdę, opowiem panu to wszystko, o czym sam zresztą wiesz najlepiej, a wtedy może zdołamy się porozumieć, gdy pan zobaczysz, jak te bajki chybiają celu wobec mnie.
— Więc skąd ja przybywam? — powtórzył Marek z lekką niecierpliwością.
Roda uśmiechnął się z odcieniem pewnej siebie wyższości.
— Zacznijmy od początku — rzekł. — Legenda, przez kapłanów podtrzymywana, głosi, że ludzie przybyli na Księżyc z Ziemi. Otóż ja utrzymuję po pierwsze: że Ziemia nie może być zamieszkana, po wtóre: że gdyby nawet była zamieszkana, to istoty tam żyjące nie byłyby do ludzi podobne, a po trzecie: że chociażby były do ludzi podobne, to nie mogłyby się nigdy dostać na Księżyc. I udowodnię panu...
Marek się uśmiechnął.