No, dobra, idę dalej, a tu przede mną jakieś światełko błysnęło.

O, myślę sobie, gdzie światło, tam i ogień, a gdzie ogień, tam i jakaś żywa istota musi być. Co prawda, droga coraz dziwniejsza, jakby w głąb skał gdzieś prowadziła, ale co tam. W końcu do światła doszedłem. Patrzę, a ja w jaskini jestem. Ognisko tu się pali, a przy ognisku smok leży zielony, brzuch sobie wygrzewa i ciekawym okiem na mnie patrzy.

— Oj, panie smoku, nie zjadaj mnie, ja tylko po ogień przyszedłem! — jęknąłem.

— Głodny nie jestem — odpowiada smok. — Tylko z nudów umieram i dlatego cię tutaj zwabiłem.

Mogę ci dać ogień, ale przedtem musisz mi jaką bajkę opowiedzieć, która mnie zadziwi. Siadaj i gadaj.

W głowie mi trzeszczy z przejęcia. I jedyna bajka, jaka mi się przypomina, to o tym smoku, co to pękł z jednego boku...

No, ale przecież tej mu nie opowiem! Po pierwsze, zna ją na pewno, bo każdy ją zna; a po drugie, to bajka smokom nieprzychylna! Jak ją usłyszy, to się wścieknie na mnie i pożre, choć niby to nie jest głodny!

A smok patrzy i czeka, więc drżącym głosem zaczynam gadać:

Ja też nie jestem głodny, panie smoku, bo jak tu do was szedłem, to nagle mi coś tak zapachniało pięknie, jakby kurczak pieczony. Rozglądam się, skąd taki zapach płynie, i widzę drzewo wielgachne, w tym drzewie dziupla i to z niej tak pachnie. Wdrapałem się na drzewo, wlazłem do dziupli, a tam w środku półmiski: kurczaki pieczone, szynki, schaby, kiełbasy... Najadłem się wszystkiego do syta i myślę, że pora iść dalej. Ale tak się najadłem, tak się spasłem, że z dziupli nie mogę wyleźć. Nie da rady. No, myślę sobie, żebym tu mógł gdzie jakiejś siekierki pożyczyć, to bym się stąd wyrąbał... Wyskoczyłem na drogę, a tu przy drodze staruszek młody siedzi na drewnianym kamieniu, a obok siekierka stoi oparta.

— Pożyczcie mi, gazdo, tej siekierki, bo się muszę z drzewa wyrąbać.