— Ano, mogę ci pożyczyć, ale uważaj na nią, bo ona wkrótce będzie miała małe, siekierzyć się będzie.

— Dobrze, będę uważał — obiecałem.

Wziąłem siekierkę, z powrotem do dziupli wlazłem, zacząłem się wyrąbywać...

— Hejże, stój! — przerywa mi smok. — Jakże to? Przecież jak już wyszedłeś z dziupli po siekierkę, to po coś właził z powrotem? I o jakim znów gadasz drewnianym kamieniu?

— Panie smoku — odpowiadam mu. — Toż na tym bajka polega...

— A no, to gadaj dalej! — zgadza się smok.

— Dobrze, będzie dalej — i ciągnę swoją opowieść:

— No więc się wyrąbuję, ale z tego wszystkiego nie zauważyłem, że siekierka się właśnie zaczęła siekierzyć. A jak się osiekierzyła, posypały się z niej siekierki, małe, ale zajadłe. Jak zaczęły wkoło rąbać, to całe drzewo zrąbały. Trach! Runęło na ziemię.

— No i coście, głupki, narobiły! Zaraz mi to naprawcie! — krzyczę.

Przestraszone siekierki wzięły się do roboty i w mig drzewo poskładały i podniosły. Ale że ja w tym momencie stałem blisko wierzchołka, to porwały mnie gałęzie w górę i podrzuciły aż do chmur, aż do nieba.