Więc do pobliskiej chałupy pobiegłem, pożyczyłem wiadro i dalejże wodę czerpać. Nabieram i wylewam, nabieram i wylewam, a tu nic nie ubywa! Co wyleję, to woda znowu wraca, jeszcze jej przybywa nawet! Zabrałem wiadro, gospodarzowi do chałupy odniosłem, wróciłem znów do mokradła i siedzę.
Dopiero jak strzelcy z Poronina wyszli na polowanie, to mi nagnali zająca. Zając przysiadł tuż koło mnie, to go złapałem za ogon, okręciłem sobie ten ogon koło ręki i jak nie huknę! Zając się tego krzyku przestraszył, wyskoczył z mokradła i mnie za sobą wyciągnął.
— Ha, ha, ha — zaśmiewa się smok, tak głośno, aż się skały trzęsą. A brzuch mu napęczniał wielki, jak balon jakiś.
„Oj — myślę sobie — żeby mi on tylko ze śmiechu nie pękł, jak ten Wawelski, co się wody opił...”
Ledwie mi ta myśl przeszła przez głowę, a tu huk, grzmot straszny i płomienie! Wystrzeliło mnie jak z armaty, lecę, niesiony podmuchem przez wąwóz, przez las, przez halę mnie wyniosło i rzuciło na trawę, niedaleko bacówki. Spadłem między owce, a one tylko gapią się na mnie głupio.
Przyglądam się sobie, trochę mnie osmaliło, smoczą łuską obsypało, ale nawet blaszanki z ręki nie wypuściłem. I szczęśliwie, od tego wybuchu smoka zapaliły się wióry w blaszance i miałem przecie ogień!
Zaniosłem go do szałasu, włożyłem do paleniska, obłożyłem suchym drewnem i rozpaliło się, że aż hej.