Lecz nim wdrapaliśmy się na poduszki, w drzwiach stanął tata. A trzeba powiedzieć, że nasz tata nigdy nie przepadał specjalnie za czarami.
— Co tu się dzieje? — zawołał. — Co znowu wyrabiacie?
— Wybieramy się na spacer! — krzyknął nasz najmłodszy brat. — Siadaj z nami!
— O, nie! Macie coraz bardziej szalone pomysły! Co powiedzą ludzie, gdy zobaczą cię, Marysiu, fruwającą nad rynkiem?
Tymczasem z tapczana wyskoczyła już piąta poduszka i leciała prosto na tatę.
— Nic z tego! — powiedział tata. — Zresztą będzie mi potem dokuczał reumatyzm, jak mnie za bardzo przewieje. Lećcie sobie sami, skoro już musicie.
Cztery nasze poduszki, gdyśmy tylko na nich siedli, wypłynęły przez okno na dwór. Wyminęliśmy krzaki jaśminu, kwitnące w ogródku, i zaczęliśmy wznosić się do góry.
Gdy byliśmy na wysokości czubków topoli, coś nagle zafurczało za nami. To doganiał nas tatuś na swojej poduszce.
— Niech tam, ja z wami! Przecież dziś imieniny mamy!
I dalej polecieliśmy już wszyscy.