Naokoło była ciemna, ciepła, pachnąca noc. Poszewki i falbanki furkotały na wietrze, tak jakby każda poduszka miała swój motorek. Tuż, tuż pod nami migotało światełkami nasze miasto. Widać było w mroku domy, dzwonnicę, park, naokoło — pola, a dalej czarne plamy lasów.

— Patrzcie, dopiero teraz widać, że mieszkamy naprawdę w małym miasteczku — powiedziała mama.

— Patrzcie, tymi poduszkami można sterować! — zawołał tata. — Kiedy rozpinam marynarkę, wiatr stawia większy opór i leci się wolniej. Kiedy zapinam — to szybciej!

Zaczęliśmy wszyscy próbować. W ten sposób okrążyliśmy rynek.

— Uwaga! — krzyknął tata. — Musimy już wracać! Poduszki opadają!

Rzeczywiście nasze pojazdy opuszczały się coraz niżej. Ledwo, ledwo udało nam się dojechać na nich do ogródka. Dotykaliśmy nogami ziemi.

Potem musieliśmy już wziąć poduszki pod pachę i wejść z nimi po schodach.

— Nic nie szkodzi! — rzekł tata do mamy. — Uważam, że była to całkiem niezła przejażdżka. Udał ci się, Marysiu, ten czar!

— Kiedy to nie ja czarowałam! — sprzeciwiła się mama. — Ja się nie znam na takich wynalazkach. Całą drogę właśnie zastanawiam się, kto to?

Mama przyjrzała się nam po kolei.