Czemuż ja tak dokładnie wszystko widzieć zdolę —

po raz pierwszy przeklinam źrenice sokole.

Na kaplicę zżagwione gałęzie spadają —

dach, ściany jak pochodnia w jasnym ogniu stają!

Płomienie liżą korę — chytre — posuwiste —

od stóp po czuby gorzą lipy płomieniste.

— Dom, kaplica już gasną w kurzawie ogniowej!

Lipy pod niebo rosną! Zgon lip purpurowy!

Długa przerwa, śpiew.

Radowały się me oczy,