— Ach — zawołała Filina — widziałam już tak wiele ozdób, ale nigdy jeszcze pani, która była tak godna, by je nosić. Co za bransolety! Ale też co za ręka! Co za naszyjnik! Ale co za pierś!

— Cicho, przylepko — zawołała hrabina.

— Czy to wyobraża pana hrabiego! — rzekła Filina, wskazując bogaty medalion, który hrabina miała po lewej stronie na drogich łańcuszkach.

— Odmalowany tu jako narzeczony — odpowiedziała hrabina.

— Więc wówczas był taki młody? — zapytała Filina. — O ile wiem, państwo są małżeństwem zaledwie od kilku lat.

— Ta młodość poszła na rachunek malarza — odparła hrabina.

— Piękny mężczyzna! — rzekła Filina. — Ale czy nigdy — mówiła dalej, kładąc rękę na sercu hrabiny — nie wcisnął się do tej ukrytej puszki jakiś inny obraz?

— Bardzo zuchwała jesteś, Filino! — zawołała. — Popsułam cię. Niech drugi raz czegoś podobnego nie słyszę.

— Kiedy się pani gniewa, jestem nieszczęśliwa — zawołała Filina, zerwała się i wybiegła za drzwi.

Wilhelm trzymał jeszcze najpiękniejszą rękę w swoich dłoniach. Wpatrywał się uparcie w zameczek bransolety, na którym ku jego wielkiemu zdziwieniu widać było początkowe litery jego imienia i nazwiska ułożone z brylancików.