— Czy w tym cennym pierścieniu — zapytał skromnie — posiadam naprawdę włosy pani?

— Tak jest — odrzekła półgłosem.

Potem zebrawszy siły, rzekła, ściskając mu rękę:

— Wstań pan; żegnam pana.

— Tu jest moje nazwisko — zawołał — jakimś arcydziwnym wypadkiem!

Wskazał zameczek bransolety.

— Jak to? — zawołała hrabina. — To litery mojej przyjaciółki.

— To początkowe litery mego imienia i nazwiska. Niech pani o mnie nie zapomina. Obraz pani pozostanie niezatarty w mym sercu. Żegnam panią; pozwól mi uciec!

Ucałował jej rękę i chciał powstać, ale jak bywa we śnie, kiedy jedna nadzwyczajność następuje po drugiej, tak on, sam nie wiedząc, jak się to stało, trzymał hrabinę w objęciach; jej usta spoczywały na jego, a ich wzajemne gorące pocałunki napełniały ich tą błogością, jaką spijamy jedynie z pierwszej pryskającej piany świeżo nalanego pucharu miłości.

Jej głowa wspierała się na jego ramieniu, a o zgniecionych kędziorach i wstążkach nie myśleli. Opasywała go ramieniem, on objął ją z żywością i przyciskał raz po raz do piersi. O, czemuż taka chwila nie może trwać wiecznie! Biada zazdrosnemu losowi, który nawet naszym przyjaciołom przerwał te chwile!