— No — rzekł ktoś z towarzystwa — my też nie potrzebujemy ich przyjaźni i nigdyśmy jej nie żądali. Tylko niechże się lepiej znają na sztukach pięknych, którymi chcą się przecie opiekować. Kiedyśmy grali jak najlepiej, nikt nas nie słuchał; wszystko było wynikiem stronniczości. Komu sprzyjano, ten się podobał, a nie sprzyjano temu, kto zasłużył na to, żeby się podobać. Można się było zdumiewać, jak nieraz ściągały na siebie uwagę i uznanie głupstwa i niesmaczne wybryki.
— Odliczywszy to, co było skutkiem radości z cudzej biedy i ironią — odparł Wilhelm — sądzę, że w sztuce bywa tak jak w miłości. Jakże człowiek światowy może w swoim rozproszonym życiu utrzymać tę spójność wewnętrzną, w której trwać winien artysta, jeżeli chce stworzyć coś doskonałego, a która nie powinna też być obca nawet temu, kto pragnie wziąć taki udział w dziele, jakiego artysta sobie życzy i spodziewa się. Wierzcie mi, moi przyjaciele, z talentami jest tak samo jak z cnotą: trzeba je kochać dla nich samych albo też dać im zupełnie spokój. A jednak i jedno, i drugie nie inaczej może zostać poznane i nagrodzone, jak tylko, gdy się w nich można ćwiczyć w ukryciu, na podobieństwo jakiejś niebezpiecznej tajemnicy.
— Ale tymczasem, zanim znajdzie nas jakiś znawca, można z głodu umrzeć — zawołał któryś z kąta.
— Nie tak zaraz — odparł Wilhelm. — Widziałem, że póki ktoś żyje i się rusza, zawsze znajdzie pożywienie, chociażby nie najobfitsze. I na cóż przecie możecie się uskarżać? Czyśmy całkiem niespodziewanie, wtedy właśnie, gdy z nami było najgorzej, nie zostali dobrze przyjęci i ugoszczeni? A teraz, kiedy nam jeszcze niczego nie brakuje, czyż nam przychodzi do głowy zrobić cokolwiek dla naszego wydoskonalenia i posunięcia się naprzód? Zajmujemy się postronnymi rzeczami i na podobieństwo uczniaków odsuwamy od siebie wszystko, co mogłoby nam przypomnieć nasze lekcje.
— Doprawdy — rzekła Filina — nie ma na to odpowiedzi! Wybierzmy sobie sztukę; zagramy ją natychmiast. Każdy niech stara się ze wszystkich sił, jakby stał przed najliczniejszym audytorium.
Nie zastanawiano się długo; wyznaczono sztukę. Była ona jedną z tych, które wówczas znajdowały w Niemczech wielki rozgłos, a teraz poszły w zapomnienie. Niektórzy gwizdali jakąś symfonię; każdy szybko obmyślił swoją rolę, rozpoczęto i odegrano całą sztukę z największą uwagą i nadspodziewanie dobrze. Klaskano sobie wzajemnie po kolei; rzadko trzymano się tak dobrze.
Skończywszy, doznali wszyscy wyjątkowego zadowolenia, już to z powodu dobrze spędzonego czasu, już to dlatego, że każdy w szczególności mógł być kontent z samego siebie. Wilhelm długo wygłaszał pochwały, a zabawa ich była wesoła i pogodna.
— Zobaczylibyście — wołał nasz przyjaciel — jak daleko byśmy zaszli, gdybyśmy dalej ciągnęli nasze ćwiczenia w taki sposób, a nie poprzestawali tylko na mechanicznym, obowiązkowym, rzemieślniczym uczeniu się na pamięć, próbowaniu i graniu. Na jak większą pochwałę zasługują muzycy, jak się oni zachwycają, jak są dokładni, kiedy przedsiębiorą swoje wspólne ćwiczenia swoje. Jak się oni starają o jednakowe nastrojenie instrumentów, jak ściśle trzymają się taktu, jak subtelnie umieją wyrazić siłę i słabość tonu! Żadnemu na myśl nie przychodzi zyskiwać sobie pochwałę za pomocą zbyt głośnego akompaniowania, gdy inny gra solo. Każdy stara się grać w duchu i myśli kompozytora i każdy usiłuje dobrze wyrazić to, co mu powierzono, czy to jest czymś małym, czy wielkim. Czyż nie powinniśmy i my zabierać się do pracy z taką ścisłością i z takim ożywieniem, kiedy uprawiamy sztukę o wiele subtelniejszą od wszelkiego rodzaju muzyki, kiedy powołani jesteśmy przedstawiać ujmująco i zachwycająco najpospolitsze i najrzadsze uzewnętrznienie ludzkości? Czyż może być coś obrzydliwszego niż paskudzić na próbach, a na przedstawieniu zdawać się na humor i los szczęścia? Powinniśmy nasze największe szczęście i zadowolenie zasadzać na tym, żeby dążyć do harmonii, żebyśmy się sobie nawzajem podobali i o tyle tylko cenili uznanie publiczności, o ileśmy je już sami pomiędzy sobą niejako zapewnili. Dlaczego kapelmistrz jest pewniejszy swojej orkiestry niż dyrektor swego widowiska? Dlatego, że tam każdy musi wstydzić się swej omyłki, obrażającej ucho zmysłowe; a jakże to rzadko widziałem, by aktor uznał i wstydził się swoich przebaczonych i nieprzebaczonych omyłek, obrażających tak okropnie ucho wewnętrzne! Pragnąłbym tylko, żeby scena była tak wąska jak sznur linoskoczka, żeby się żaden niezgrabiasz nie ważył na nią wchodzić, gdy obecnie każdy czuje w sobie dosyć zdolności, by na niej paradować.
Towarzystwo dobrze przyjęło tę apostrofę84, gdyż każdy był przekonany, że to nie o była mowa, bo przecież dopiero co tak dzielnie się trzymał wobec innych. Zgodzono się owszem, żeby w tym samym duchu, jak zaczęto, uprawiać wspólne opracowywanie sztuk w czasie tej podróży i później, jeśli pozostaną razem. Zauważono tylko, że ponieważ to jest sprawą dobrego humoru i wolnej woli, to nie powinien się mieszać do tego żaden dyrektor. Przyjęto za rzecz dowiedzioną, że wśród dobrych ludzi forma republikańska jest najlepsza; utrzymywano, że stanowisko dyrektora powinno być przechodnie; miałby on być wybierany przez wszystkich, a za każdym razem dodawano by mu rodzaj małego senatu. Tak się przejęli tą myślą, że pragnęli ją zaraz urzeczywistnić.
— Nic nie mam przeciwko temu — rzekł Melina — jeśli w czasie podróży chcemy zrobić taką próbę; chętnie zawieszam swoją władzę dyrektorską, aż przybędziemy na miejsce.