Zaczął więc rozmyślać nad swoim ubraniem. Uznał, że kurtka, na którą można w razie koniecznej potrzeby zarzucić płaszcz, jest bardzo stosownym odzieniem dla wędrowca. Długie, dziane spodnie i para sznurowanych trzewików wydały mu się prawdziwym strojem piechura. Potem sprawił sobie piękną jedwabną szarfę, którą opasał się pod pozorem utrzymywania ciała w cieple, natomiast uwolnił szyję z niewoli zawiązki i kazał przyczepić sobie do koszuli parę kawałków muślinu, które wypadły jakoś trochę za szeroko i przybrały całkiem wygląd starożytnego kołnierza. Piękny jedwabny halsztuk82, ocalona pamiątka po Mariannie, lekko tylko związany, leżał pod muślinową kryzą. Okrągły kapelusz z pstrą taśmą i wielkim piórem dopełniał tego przebrania.
Kobiety zaklinały się, że doskonale mu w tym stroju. Filina okazała się całkiem oczarowana i wyprosiła sobie jego piękne włosy, które on, chcąc jak najbardziej zbliżyć się do ideału natury, obciął sobie niemiłosiernie. Niemało mu się tym zaleciła, a nasz przyjaciel, który swoją szczodrobliwością zyskał prawo postępowania z innymi na wzór księcia Henryka, niebawem sam nabrał upodobania w obmyślaniu i wykonywaniu niedorzecznych figli. Fechtowano się, tańczono, wynajdowano różne gry, a w wesołości serca używano dobrą miarką znośnego wina, jakie zastano; Filina zaś wśród nieładu takiego życia czatowała na opornego bohatera, o którego oby się troszczył jego dobry duch.
Jedna wyborna zabawa, sprawiająca towarzystwu szczególną przyjemność, polegała na improwizowanej grze, w której naśladowali i karykaturowali swoich dotychczasowych opiekunów i dobroczyńców. Niektórzy z nich doskonale podpatrzyli cechy zewnętrznego wyglądu różnych znakomitych osób, a naśladowanie ich reszta towarzystwa przyjmowała z największym uznaniem, a kiedy Filina wydobyła z tajnego archiwum swoich doświadczeń kilka zabawnych oświadczyn miłości, jakie ku niej zwrócono, ledwie nie pękano ze śmiechu, radując się z cudzego nieszczęścia.
Wilhelm ganił ich niewdzięczność, ale odpowiedziano mu, że tamci dostatecznie zasłużyli to, co otrzymali, i że w ogóle postępowanie względem tak zasłużonych ludzi, za jakich sami się uważali, nie było wcale najlepsze. Uskarżano się na to, że obchodzono się z nimi z niewielkim szacunkiem, że nimi pomiatano. Żarty, drwiny i przedrzeźnianie rozpoczynały się na nowo; stawali się coraz przykrzejsi i coraz bardziej niesprawiedliwi.
— Chciałbym — mówił na to Wilhelm — ażeby z waszych wypowiedzi nie prześwitywała ani zawiść, ani miłość własna i żebyście rozpatrywali te osoby i ich stosunki z prawdziwego punktu widzenia. Ważna to rzecz już przez samo urodzenie być postawionym na wywyższonym miejscu w społeczeństwie ludzkim. Komu odziedziczone bogactwa zapewniły zupełną swobodę bytu, kto od samej młodości widzi się bogato otoczony wszystkimi, że tak się wyrażę, przydatkami ludzkości, ten pospolicie przywyka uważać te dobra za rzecz pierwszą i największą, a wartość istoty ludzkiej, od przyrody pięknie uposażonej, nie jest dla niego należycie zrozumiała. Postępowanie wyższych z niższymi i pomiędzy sobą mierzy się według zalet zewnętrznych; pozwalają oni każdemu popisywać się swoim tytułem, stanowiskiem, ubiorem i ekwipażem83, tylko nie swoimi zasługami.
Słowa te towarzystwo przyjęło z niezmiernymi pochwałami. Uznano za rzecz wstrętną, że człowiek zasłużony musi zawsze stać w tyle i że na wielkim świecie niepodobna znaleźć ani śladu obejścia naturalnego i serdecznego. Szczególnie co do tego ostatniego punktu coraz bardziej zapędzano się w nagany.
— Nie gańcie ich za to — zawołał Wilhelm — raczej litujcie się nad nimi! Bo oni rzadko kiedy mają żywsze poczucie tego szczęścia, które my uznajemy za najwyższe, a które płynie z wewnętrznego bogactwa natury. Tylko nam, biednym, którzy mało albo nic nie posiadamy, dano nasycać się w obfitej mierze szczęśliwością przyjaźni. My nie możemy ukochanych naszych ani łaską wywyższyć, ani upodobaniem wzbogacić, ani podarkami uszczęśliwić. Mamy tylko samych siebie. Samych siebie tedy musimy oddać w całości i jeżeli ma to posiadać jakąś wartość, zapewnić przyjacielowi to dobro na wieki. Co za rozkosz, co za szczęście dla dającego i odbierającego! W jaki błogi stan wprawia nas wierność! Daje przemijającemu życiu ludzkiemu niebiańską pewność, stanowi główny skarb naszego bogactwa.
Gdy to mówił, Mignon zbliżyła się do niego, objęła swymi szczupłymi ramionami i oparła główkę na jego piersi. On położył rękę na głowie dziecka i mówił dalej:
— Jak łatwo wielkiemu panu pozyskać umysły! Jak łatwo przyswajać sobie serca! Uprzejme, przychylne, jako tako ludzkie obejście czyni cuda, a jakże wiele ma on środków zatrzymania przy sobie raz zdobytych umysłów! Dla nas wszystko zdarza się rzadziej, przychodzi trudniej, więc naturalną jest rzeczą, że do tego, cośmy sobie zyskali lub zrobili, przywiązujemy większą wartość. Jakież to wzruszające przykłady wiernych służących, którzy poświęcają się dla swych panów! Jak pięknie odmalował nam takich Szekspir! Wierność jest w tym wypadku usiłowaniem szlachetnej duszy zrównania się z kimś wyższym. Przez ustawiczne przywiązanie i miłość sługa staje się równy swemu panu, który w przeciwnym razie może słusznie uważać go tylko za płatnego niewolnika. Tak jest, te cnoty są tylko dla stanu niższego i nie może się on bez nich obejść, one go pięknie przystrajają. Kto się może łatwo wypłacić, łatwo też bywa wiedziony na pokuszenie, by się też i z wdzięczności wywinąć. Tak, w tym znaczeniu mogę, jak mniemam, utrzymywać, że wielki pan może mieć wprawdzie przyjaciół, ale nie może być przyjacielem.
Mignon przyciskała się do niego coraz mocniej.