Jeżeli się nieraz spędziło miłe i wesołe godziny wśród czterech ścian, to naturalnie o wiele większe ożywienie musiało się objawić tutaj, gdzie otwarte powietrze i piękna okolica zdawały się oczyszczać każdy umysł. Wszyscy czuli się bliżsi sobie, wszyscy pragnęli całe życie spędzić w tak przyjemnym otoczeniu. Zazdroszczono myśliwym, węglarzom i drwalom, to jest ludziom, których zawód utrzymuje w tych szczęśliwych miejscach zamieszkania, nade wszystko jednak wysławiali urocze gospodarstwo bandy Cyganów. Zazdrościli tym dziwnym ludziom, którzy w błogim próżnowaniu nasycać się mogą wszystkimi cudnymi wdziękami przyrody; cieszyli się, że choć w pewnej mierze byli podobni do nich.
Tymczasem kobiety zaczęły gotować kartofle i wydobywać i przygotowywać przyniesione jedzenie. Kilka garnków stało przy ogniu; towarzystwo w grupach rozłożyło się pod drzewami i krzakami. Dziwaczne ubiory i różnorodna broń nadawały im cudaczny wygląd. Konie pasły się na boku, a gdyby zechciano ukryć wozy, to widok tej małej hordy byłby aż do złudzenia romantyczny.
Wilhelm doznawał nigdy dotychczas nieodczuwanego zadowolenia. Mógł sobie tu wyobrazić wędrowną kolonię, a siebie jako jej przywódcę. W tej myśli rozmawiał ze wszystkimi i przystrajał omamienie chwili, jak można było nąjpoetyczniej. Nastroje w towarzystwie wzrosły: jedli, pili i wykrzykiwali wesoło, i wielokrotnie wyznawali, że nigdy nie przeżyli piękniejszych chwil.
Gdy tylko zadowolenie się wzmogło, wśród młodych ludzi obudził się popęd do działania. Wilhelm i Laertes chwycili rapiery i tym razem rozpoczęli swoje ćwiczenia w zamiarze teatralnym. Chcieli przedstawić pojedynek, w którym Hamlet i jego przeciwnik znajdują tak tragiczny koniec. Obaj przyjaciele byli przekonani, że w tej ważnej scenie nie powinno się uderzać tylko niezręcznie w tę i ową stronę, jak to zazwyczaj się dzieje w teatrach; spodziewali się przedstawić wzór, jak na przedstawieniu można dać zajmujące widowisko nawet dla znawcy sztuki szermierskiej. Wokół nich utworzyła się galeria; obaj walczyli gorliwie i ze znajomością rzeczy, zainteresowanie widzów wzrastało z każdym pchnięciem.
Nagle w pobliskim krzaku padł strzał, a zaraz potem drugi; towarzystwo poderwało się przerażone. Wkrótce ujrzano zbrojnych ludzi przyskakujących do tego miejsca, gdzie konie jadły obrok, niedaleko wypakowanych wozów.
Płeć niewieścia wydała ogólny krzyk; nasi bohaterowie odrzucili rapiery, chwycili za pistolety, pośpieszyli na spotkanie rozbójników i wśród gwałtownych pogróżek zażądali zdania sprawy z zamiaru.
Kiedy odpowiedziano im lakonicznie kilkoma strzałami z muszkietów87, Wilhelm wypalił swój pistolet w kędzierzawego, który wszedł na wóz i rozcinał postronki pakunków. Trafiony, spadł natychmiast; Laertes także dobrze wycelował i obaj przyjaciele wydobywali odważnie broń zza pasa, kiedy część bandy zbójeckiej, złorzecząc i wrzeszcząc, rzuciła się na nich, dała kilka strzałów i przeciwstawiła się ich odwadze błyszczącymi szablami. Nasi młodzi bohaterowie trzymali się dzielnie; przywołali resztę swoich towarzyszy i zachęcali ich do ogólnej obrony. Niebawem Wilhelm stracił widok światła i świadomość tego, co się dzieje. Ogłuszony strzałem, który go ranił między piersią a lewym ramieniem, i ciosem, który przeciął mu kapelusz i przeszedł prawie do czaszki, upadł na ziemię i o nieszczęśliwym końcu tego napadu miał się dowiedzieć dopiero później z opowiadania.
Kiedy znowu otworzył oczy, znalazł się w najdziwniejszym położeniu. Pierwszą rzeczą, jaka ukazała mu się z mroku, ciągle jeszcze zasłaniającego mu wzrok, była twarz Filiny, która pochylała się nad jego twarzą. Czuł się słaby, a kiedy się poruszył, żeby się podnieść, znalazł się na łonie Filiny, na które też opadł na powrót. Siedziała na murawie, łagodnie przyciskała do siebie głowę wyciągniętego przed sobą młodzieńca i, o ile mogła, przygotowywała dla niego miękkie oparcie na swoich ramionach. Mignon klęczała z rozpuszczonymi, okrwawionymi włosami u jego nóg i obejmowała je, płacząc gwałtownie.
Kiedy Wilhelm spojrzał na swoje zakrwawione ubranie, łamiącym się głosem zapytał, gdzie jest i co się stało z nim i innymi. Filina prosiła go, żeby się zachowywał spokojnie; wszyscy inni — mówiła — znajdują się w bezpiecznym miejscu, nikt nie jest ranny prócz niego i Laertesa. Więcej nic nie chciała opowiadać i prosiła go usilnie, żeby leżał spokojnie, gdyż rany jego opatrzono źle i z pośpiechem.
Podał Mignon rękę i dopytywał się o przyczynę okrwawionych kędziorów dziecka, które, jak sądził, również zostało ranne.