— Filino — rzekł Wilhelm — już z powodu nieszczęścia, jakie nas spotkało, dłużny ci zostałem niejedno podziękowanie, a nie chcę, aby mój dług wobec ciebie się powiększył. Jestem niespokojny, dopóki jesteś koło mnie, gdyż nie wiem, czym mógłbym wynagrodzić twoje trudy. Oddaj mi moje rzeczy, które ocaliłaś w swym kufrze, przyłącz się do reszty towarzystwa, poszukaj innego mieszkania, przyjmij moje podziękowanie i złoty zegarek jako drobną pamiątkę; tylko zostaw mnie, twoja obecność niepokoi mnie bardziej, niż myślisz.
Gdy skończył, zaśmiała mu się w twarz.
— Jesteś głupcem — rzekła — nie nabierzesz rozumu. Wiem lepiej, z czym ci dobrze; zostanę, nie ruszę się z miejsca. Nigdy nie liczyłem na wdzięczność mężczyzn, a więc i na twoją; a jeżeli cię kocham, cóż ci do tego?
Została i niebawem potrafiła przypodobać się proboszczowi i jego rodzinie, zawsze będąc wesołą, umiejąc każdemu coś podarować, wiedząc, jak z każdym rozmawiać, a mimo to robiąc zawsze, co chciała. Wilhelm miał się nieźle, chirurg, człowiek niewykształcony, ale nie bez zręczności, pozwolił działać naturze, tak że pacjent znalazł się wkrótce na drodze do wyzdrowienia. Pragnął znów być zdrowy, aby móc gorliwie doprowadzić do skutku swoje plany i życzenia.
Bezustannie przypominał sobie to zdarzenie, które wywarło niezatarte wrażenie na jego umyśle. Widział zjawiającą się na koniu spoza krzewów piękną amazonkę; zbliżała się ku niemu, zsiadła, przechadzała się tam i z powrotem i troszczyła się o niego. Widział spadające z jej ramion okrycie, potem znikającą w blasku jej twarz, jej postać. Wszystkie jego młodzieńcze marzenia wiązały się z tym obrazem. Zdawało mu się, jakby teraz własnymi oczyma ujrzał szlachetną, bohaterską Kloryndę91; przyszedł mu znowu na myśl chory królewicz, do łoża którego przystępuje w skromnym milczeniu piękna współczująca królewna.
— Czyżby w młodości naszej, jakby we śnie — mówił niekiedy po cichu sam do siebie — nie mogły się nam zjawiać obrazy przyszłych losów i przeczuciowo stawać się widome naszemu naiwnemu oku? Czyżby nie mogły istnieć rozsiane ręką przyrody zarodki tego, co nas ma spotkać, czyżbyśmy nie mogli mieć przedsmaku owoców, które kiedyś dopiero spożywać mamy?
Przymusowy spoczynek dawał mu czas do tysiąckrotnego powtarzania tej sceny. Tysiąckrotnie przypominał sobie dźwięk tego łagodnego głosu i jakże zazdrościł Filinie, że ucałowała tę pomocną rękę. Często cała ta historia wydawała mu się snem tylko i byłby ją uważał za baśń, gdyby nie było pozostało okrycie, które go upewniało o rzeczywistości zjawiska.
Z największą troskliwością o to ubranie łączyło się najżywsze pragnienie przyodziania się w nie. Gdy tylko wstał, zarzucił je na siebie i przez cały dzień bał się, żeby go nie poplamić lub w jakiś inny sposób nie uszkodzić.
Rozdział dziesiąty
Laertes odwiedził przyjaciela. Przy owej gwałtownej scenie w karczmie nie był obecny, leżał bowiem w pokoju na górze. Swoją stratę znosił bardzo spokojnie i pocieszał się swoim zwyczajnym: a cóż tam! Opowiadał o różnych śmiesznych rysach towarzystwa, drwił zwłaszcza z pani Melina, że dlatego tylko opłakuje stratę swej córki, iż nie mogła mieć staroniemieckiej przyjemności ochrzczenia jej Mechtyldą. Co do jej męża, to podobno okazało się, iż miał przy sobie dużo pieniędzy i że już wówczas nie potrzebował bynajmniej zasiłku, który wyłudził od Wilhelma. Melina zamierzał jakoby odjechać najbliższą pocztą i zażądać od Wilhelma listu polecającego do przyjaciela, dyrektora Serlo, w którego trupie spodziewa się znaleźć miejsce, gdy własne przedsiębiorstwo się rozchwiało.