— A Ofelie się znajdą, bylebyśmy tylko mieli królewicza.
Wilhelm nie zauważył, że Aurelii zdawał się nie podobać ten żart brata; przeciwnie, według swego zwyczaju szeroko i pouczająco rozprawiał, w jakim rozumieniu chciałby, żeby grano Hamleta. Szczegółowo przedstawił im wyniki, którymi zajmował się, jak widzieliśmy poprzednio, i dokładał wszelkich starań, ażeby przeprowadzić swoje mniemanie, chociaż Serlo podnosił wiele wątpliwości co do jego hipotezy.
— No dobrze — rzekł tenże w końcu — przystajemy na pańskie wywody; cóż pan dalej stąd wyjaśnisz?
— Wiele, wszystko — odparł Wilhelm. — Wyobraź pan sobie królewicza, jak go odmalowałem, którego ojciec niespodzianie umiera. Ambicja i żądza panowania to nie są namiętności, które go ożywiają; podobało mu się, że jest synem króla, ale teraz dopiero zmuszony jest zwrócić baczniejszą uwagę na przepaść oddzielającą króla od poddanych. Prawo do korony nie było dziedziczne; dłuższe jednak życie ojca umocniłoby pretensje jego jedynego syna i zapewniłoby nadzieję na otrzymanie korony. Tymczasem widzi się oto przez swojego stryja, pomimo pozornych przyrzeczeń, może na zawsze wykluczony, czuje się tak biedny co do łaski, co do dóbr, i obcy w tym, co od dzieciństwa mógł poczytywać za swoją własność. Tu umysł jego przybiera pierwszy smutny kierunek. Czuje, że nie jest już kimś więcej, ba, nawet nie tyle znaczy co każdy szlachcic; udaje, że jest sługą wszystkich, nie jest grzeczny, nie jest uprzejmy, on jest poniżony i potrzebujący. Za swym dawniejszym stanem ogląda się jak za minionym snem. Na próżno stryj chce mu dodać otuchy, ukazać mu jego położenie z innego punktu widzenia; poczucie własnej nicości nigdy go nie opuszcza. Drugi cios, jaki w niego uderzył, zranił go głębiej, przygniótł silniej. To małżeństwo jego matki. Jemu, przywiązanemu i czułemu synowi, pozostała po śmierci ojca jeszcze matka; spodziewał się, że w towarzystwie żyjącej szlachetnej matki będzie czcił bohaterską postać wielkiego zmarłego; traci jednak i matkę w sposób gorszy, niż gdyby mu ją śmierć porwała. Znika ten tchnący ufnością obraz, jaki kochające dziecko tak chętnie sobie tworzy o rodzicach; od zmarłego nie ma pomocy, w żyjącej nie ma oparcia. I ona także jest kobietą i ją także obejmuje nazwa rodzajowa: ułomność. Teraz dopiero czuje się naprawdę złamany, naprawdę osierocony, a żadne szczęście świata nie może mu zastąpić tego, co utracił. Ponieważ z natury nie jest smutny ani zamyślony, smutek i zamyślenie stają mu się ciężkim brzemieniem. Tak widzimy go występującego. Nie sądzę, żebym do sztuki wkładał coś swojego lub też w jakimś rysie przesadzał.
Serlo spojrzał na siostrę i rzekł:
— Czy dałem ci fałszywy wizerunek naszego przyjaciela? Dobrze zaczyna; niejedno nam jeszcze opowie i w wielu rzeczach przegada.
Wilhelm zaprzysiągł się głośno i gorąco, że nie chce przegadać, lecz przekonać, i prosił tylko o chwilę jeszcze cierpliwości.
— Wyobraźcie sobie — żywo zawołał — tego młodzieńca, tego syna królewskiego, uprzytomnijcie sobie jego położenie, a potem obserwujcie go, kiedy się dowiaduje, że pojawia się postać jego ojca; stańcie przy nim owej straszliwej nocy, kiedy czcigodny duch pokazuje się jemu samemu. Ogarnia go straszliwa zgroza; przemawia do cudownego zjawiska, widzi jego skinienie, idzie za nim i słucha. Rozlega mu się w uszach straszne oskarżenie przeciw jego stryjowi, wezwanie do zemsty i uporczywie powtórzona prośba: „Pamiętaj o mnie!”. A kiedy duch zniknął, kogóż przed sobą widzimy? Młodego bohatera, który dyszy zemstą? Urodzonego władcę, który czuje się szczęśliwy, że został wezwany przeciwko uzurpatorowi swojej korony? Nie! Zdumienie i melancholia opadają osamotnionego; staje się cierpki dla uśmiechniętych łotrów, przysięga, że nie zapomni o zmarłym i kończy znaczącym westchnieniem: „Czas wyszedł ze swych fug; biada mi, żem się zrodził, by go naprawiać”93. W tych słowach leży, jak mi się widzi, klucz do całego zachowania się Hamleta, i jest dla mnie jasne, że Szekspir chciał przedstawić: wielki czyn złożony na duszę, która do tego czynu nie dorosła. I w tym rozumieniu, moim zdaniem, opracowana została konsekwentnie cała sztuka. Zasadzono tu dąb w cenne naczynie, które powinno by było przyjmować w łono swoje tylko śliczne kwiaty; korzenie się rozszerzają; naczynie pęka. Istota piękna, czysta, szlachetna, wysoce moralna, bez siły zmysłowej tworzącej bohatera, ginie pod ciężarem, którego nie może ani unieść, ani odrzucić; każdy obowiązek jest dla niej święty, ale ten za ciężki. Zażądano od niej rzeczy niemożliwej, nie niemożliwej samej w sobie, ale takiej, która dla niej jest niemożliwa. Jak on się wije, szamoce, lęka się, to występuje naprzód, to się cofa, doświadcza przypomnień, sam sobie wciąż przypomina, a w końcu prawie traci z oczu swój zamiar, ale nigdy nie doznaje uczucia radości!
Rozdział czternasty
Weszło kilka osób, które przerwały rozmowę. Byli to wirtuozi, zbierający się zazwyczaj u Serla raz w tygodniu na koncercik. Lubił on bardzo muzykę i utrzymywał, że aktor bez takiego zamiłowania nigdy nie zdoła dojść do jasnego pojęcia i poczucia własnej sztuki. Tak jak o wiele łatwiej i przyzwoiciej się poruszamy, kiedy ruchom towarzyszy i kieruje nimi melodia, tak też aktor powinien swoją rolę prozaiczną komponować niejako w duchu, żeby jej nie psuł monotonnie według własnego indywidualnego usposobienia, ale żeby ją opracował w należytym urozmaiceniu według taktu i miary.