Aurelia, jak się zdawało, brała niewielki udział w tym, co się działo; w końcu zaprowadziła naszego przyjaciela do bocznego pokoju, a stanąwszy przy oknie, patrząc na usiane gwiazdami niebo, rzekła:

— Jeszcze niejedno nam się od pana należy o Hamlecie; nie będę jednak nagliła i pragnę, żeby i brat zechciał posłuchać, co pan masz jeszcze do powiedzenia, ale racz mi pan powiedzieć swoje myśli o Ofelii.

— O niej niewiele da się powiedzieć — odparł Wilhelm — bo jej charakter wykończony został kilkoma tylko mistrzowskimi rysami. Cała jej istota pływa w dojrzałej, łagodnej zmysłowości. Jej skłonność do królewicza, do ręki którego może rościć pretensję, płynie z samego źródła, dobre serce tak się całkowicie poddaje swemu pragnieniu, że ojciec i brat obaj się lękają, obaj wprost i bez ogródek ostrzegają. Przyzwoitość, podobnie jak lekka gaza na jej piersi, nie może skryć ruchów jej serca, przeciwnie, staje się zdrajcą tych lekkich poruszeń. Wyobraźnia jej jest przepojona, jej cicha skromność dyszy miłosną żądzą i gdyby wygodna bogini Sposobność potrzęsła drzewkiem, to owoc spadłby natychmiast.

— A kiedy naraz widzi, że została opuszczona — rzekła Aurelia — odepchnięta i pogardzona, kiedy w duszy jej oszalałego kochanka przemieniają się wyżyny na głębiny i kiedy on, zamiast słodkiego pucharu miłości, podaje jej gorzki kielich cierpień...

— Serce jej pęka — zawołał Wilhelm — cała budowa jej istnienia wychodzi ze swoich fug, śmierć jej ojca wpada jak burza i piękny budynek upada.

Wilhelm nie zauważył, z jakim wyrazem twarzy Aurelia wypowiedziała ostatnie słowa. Zatopiony jedynie w dziele sztuki, w jego harmonii i doskonałości, nie domyślał się, że jego przyjaciółka doznawała całkiem innego wrażenia, że pod działaniem tych cieni dramatycznych obudził się w niej własny, głęboki ból.

Aurelia nadal trzymała głowę w dłoniach, a oczy, napełniające się łzami, zwracała ku niebu. W końcu nie mogła dłużej taić skrywanego bólu; ujęła przyjaciela za obie ręce i zawołała do zdumionego jej zachowaniem:

— Przebacz pan, przebacz zatrwożonemu sercu! Towarzystwo krępuje mnie i więzi; muszę się starannie ukrywać przed swoim nielitościwym bratem; pańska zaś obecność rozwiązała wszystkie więzy. Przyjacielu! — mówiła dalej — znamy się tylko chwilę, a już stajesz się pan moim powiernikiem.

Ledwie mogła wymówić te słowa i pochyliła się na jego ramię.

— Nie myśl pan źle o mnie — rzekła, łkając — że się tak rychło przed panem wywnętrzam, że mnie widzisz tak słabą. Bądź, pozostań pan moim przyjacielem, zasługuję na to.