Milczała czas jakiś, a potem ciągnęła dalej:

— Naraz zacina się moja zachcianka gadatliwości; nie ufam sobie, bym mogła dalej otwierać usta. Pozwól mi pan nieco wypocząć; nie możesz pan odejść, nie dowiedziawszy się obszernie o całym moim nieszczęściu. Zawołaj pan tymczasem Mignon i wysłuchaj, czego chce.

Podczas opowiadania Aurelii dziewczynka była kilka razy w pokoju. Ponieważ przy jej wejściu mówiono ciszej, wymykała się zaraz, siedziała w sali spokojnie i czekała. Kiedy kazano jej wejść, przyniosła ze sobą książkę, którą wkrótce po kształcie i oprawie poznano jako mały atlas geograficzny. U proboszcza z ogromnym zdziwieniem ujrzała mimochodem pierwsze mapy, dużo go o nie wypytywała i w miarę możności dowiadywała się sama. Zdawało się, że wskutek tych nowych wiadomości żądza nauki stawała się u niej o wiele jeszcze żywsza. Prosiła usilnie Wilhelma, by jej kupił tę książkę, mówiąc, że dała za nią w zastaw księgarzowi swoje wielkie srebrne sprzączki i chciałaby je jutro rano wykupić, gdyż dziś wieczór było już zbyt późno. Zezwolono jej na to, a ona zaczęła już to recytować, co wiedziała, już to zadawać swoim zwyczajem najdziwaczniejsze pytania. I tu znów można było zauważyć, że pomimo wielkiego wysiłku pojmowała z trudnością i mozołem. Tak też było z jej pisaniem, które ją kosztowało wiele wysiłku. Ciągle jeszcze mówiła bardzo łamaną niemczyzną i tylko kiedy otwierała usta do śpiewu, kiedy dotknęła cytry, zdawała się posługiwać jedynym organem, za pomocą którego mogła odkryć i objawić głąb duszy.

A ponieważ mowa teraz o niej, musimy też nadmienić o zakłopotaniu, w jakie od pewnego czasu nieraz wprawiała naszego przyjaciela. Kiedy przychodziła lub odchodziła, kiedy mówiła dzień dobry lub dobranoc, tak mocno ujmowała go w ramiona i całowała go z takim żarem, że gwałtowność tej kiełkującej często przejmowała go strachem i niepewnością. Drgająca żywość w jej postępowaniu zdawała się zwiększać z każdym dniem, a cała jej istota poruszała się w nieustannej skrytości. Nie mogła wytrwać, żeby kręcić w ręku nie jakiegoś sznurka, nie miąć sukna, nie żuć papieru lub drewna. Każda z jej zabaw służyła, jak się zdawało, tylko do wyładowania jakiegoś wewnętrznego gwałtownego wstrząśnienia. Jedynie wówczas zdawała się cieszyć pewną wesołością, gdy była blisko małego Felisia, z którym bardzo zręcznie umiała sobie radzić.

Aurelia, która odpocząwszy, zamierzała rozmówić się ostatecznie ze swym przyjacielem o przedmiocie, który jej tak bardzo leżał na sercu, zniecierpliwiła się tym razem upartą obecnością dziewczynki i dała jej do zrozumienia, że powinna odejść, a ponieważ nic to nie pomagało, musiano ją wyprosić wyraźnie i wbrew jej woli.

— Muszę panu — rzekła Aurelia — resztę moich dziejów opowiedzieć teraz albo nigdy. Gdyby mój tkliwie kochany, niesprawiedliwy przyjaciel był stąd o kilka mil tylko, powiedziałabym: „Siadaj pan na koń, jakimkolwiek sposobem zawrzyj pan z nim znajomość, a kiedy powrócisz, z pewnością przebaczysz mi pan i pożałujesz mnie z serca”. Teraz mogę panu tylko słowami wyrazić, jak był godny kochania i jak mocno go kochałam. Poznałam go właśnie w tym krytycznym czasie, kiedy musiałam obawiać się o życie męża. Wrócił dopiero co z Ameryki, gdzie wspólnie z kilkoma Francuzami służył z wielkim wyróżnieniem pod sztandarem Stanów Zjednoczonych. Przywitał mnie z pewną siebie przyzwoitością, z otwartą serdecznością, mówił o mnie, o moim położenia, o mojej grze jak stary znajomy, z takim zrozumieniem i tak dobitnie, że po raz pierwszy mogłam radować się, iż byt mój tak jasno rozpoznaję w innej istocie. Sądy jego były słuszne, choć nie potępiające, trafne, choć nie niemiłe. Nie okazywał wcale surowości, a jego beztroska była zarazem powabna. Wydawał się przyzwyczajony do szczęścia u kobiet, co przykuło moją uwagę; nie pochlebiał jednak ani nie nadskakiwał, co czyniło mnie nieostrożną. W mieście mało z kim przestawał, zazwyczaj jeździł konno, odwiedzał wielu znajomych w stolicy i zajmował się interesami swego domu. Kiedy wracał, zajeżdżał do mnie, obchodził się z moim coraz to słabszym mężem z gorącą troskliwością, za pośrednictwem zdolnego lekarza sprowadzał ulgę cierpiącemu, a jak interesował się wszystkim, co mnie dotyczyło, tak też i mnie zainteresował swoimi losami. Opowiedział mi dzieje swojej kampanii, swojej niezwalczonej skłonności do stanu żołnierskiego, swoje stosunki rodzinne; wtajemniczył mnie w swoje obecne zajęcia. Dość że nie miał nic tajnego przede mną; odkrył mi głąb duszy, pozwolił zajrzeć w najskrytsze jej kąciki; poznałam jego zdolności, jego namiętności. Po raz pierwszy w życiu zaznałam serdecznego, umysłowego pożycia. Pociągnął mnie, porwał ku sobie, zanim mogłam się nad sobą zastanowić... Tymczasem utraciłam męża niemal tak, jak go przyjęłam. Ciężar spraw teatralnych spadł teraz całkowicie na mnie. Brat mój, nieposzlakowany w teatrze, był zawsze do niczego w gospodarstwie; ja myślałam o wszystkim i uczyłam się przy tym swoich ról pilniej niż kiedykolwiek. Grałam znowu jak dawniej, a nawet ze wzmożoną siłą i nowym życiem, wprawdzie przez niego i dla niego, ale nie zawsze mi to wychodziło dobrze, kiedy wiedziałam, że mój szlachetny przyjaciel jest na przedstawieniu; kilka razy jednak słyszał mnie ukryty, a możesz pan sobie wyobrazić, jak przyjemnie zaskoczyły mnie jego o nieoczekiwane oklaski... Niewątpliwie jestem dziwnym stworzeniem. W każdej roli, jaką grałam, miałam właściwie zawsze taki nastrój, jak gdybym go chwaliła i mówiła ku jego czci, bo to było usposobieniem mego serca, jakiekolwiek zresztą wygłaszałam słowa. Jeżeli wiedziałam, że jest wśród słuchaczy, nie pozwalałam sobie mówić z całą namiętnością, jak gdybym nie chciała mu wprost przed nim samym narzucać swojej miłości, swojej pochwały, ale gdy był nieobecny, popuszczałam sobie cugli, grałam jak mogłam najlepiej, z pewnym spokojem, z nieopisanym zadowoleniem. Poklask znowu mnie radował, a kiedy sprawiałam przyjemność publiczności, pragnęłam zawsze móc zawołać: „To jemu to zawdzięczacie!...”. Tak jest, stosunek do publiczności, do całego narodu zmienił się u mnie jakby cudem. Naród ukazał mi się znowu w najkorzystniejszym świetle i bardzo się dziwiłam swemu dotychczasowemu zaślepieniu. „Jakże to nierozsądną było rzeczą — mówiłam często sama do siebie — kiedy dawniej wymyślałaś na naród, dlatego właśnie, że jest narodem. Czyż pojedynczy ludzie mogą, czyż powinni być tak interesujący? Bynajmniej! Zachodzi pytanie, czy wśród wielkiego tłumu rozdzielone jest mnóstwo przymiotów, sił i uzdolnień, które mogą zostać rozwinięte wskutek szczęśliwych okoliczności, które mogą być przez znakomitych mężów skierowane do jednego wspólnego celu”. Cieszyłam się tedy, że wśród współziomków znajdowałam tak mało wybitnej oryginalności; cieszyłam się, że nie gardzili przyjęciem wskazówek z zewnątrz; cieszyłam się, że znalazłam kierownika. Lothar — pozwól mi pan nazywać mego przyjaciela jego ukochanym imieniem — przedstawiał mi zawsze Niemców od strony dzielności i wykazał mi, że nie ma w świecie mężniejszego narodu, jeżeli tylko dobrze jest prowadzony, a ja wstydziłam się, że nigdy nie pomyślałam o pierwszym przymiocie ludu. Znał on dzieje i zostawał w stosunkach z większością zasłużonych mężów swego wieku. Chociaż był młody, pilnie przyglądał się dorastającej, pełnej nadziei młodzieży swej ojczyzny, cichym pracom skrzętnych i czynnych mężów w tylu różnorodnych zawodach. Kazał mi się rozejrzeć po Niemczech, czym są i czym być by mogły; wstyd mi było, że osądziłam naród według skłębionego tłumu, który się wciska do garderoby teatralnej. Wskazał mi obowiązek, żebym i w swoim zawodzie była także prawdziwa, pomysłowa i ożywcza. Teraz, ilekroć wchodziłam na scenę, wydawałam się sobie natchniona. Mierne ustępy w moich ustach stawały się złotem, a gdyby mi wówczas jakiś poeta dopomógł stosownym utworem, wywołałabym najcudowniejsze skutki... Tak żyłam jako młoda wdowa całe miesiące. On nie mógł się beze mnie obejść, a ja byłam nad wyraz nieszczęśliwa, kiedy nie przybywał. Pokazywał mi listy swoich krewnych, swojej przecudnej siostry. Interesował się najdrobniejszymi okolicznościami moich stosunków; niepodobna pomyśleć serdeczniejszej, doskonalszej jedności. Imię miłości nie zostało wymówione. Odjeżdżał i wracał, wracał i odjeżdżał — a oto, mój przyjacielu, wielka już pora, żebyś i ty się oddalił...

Rozdział siedemnasty

Wilhelm nie mógł już dłużej odkładać odwiedzin u swych przyjaciół handlowych. Poszedł tam nie bez zakłopotania; wiedział bowiem, że zastanie u nich listy od rodziny. Bał się wyrzutów, jakie musiały zawierać; prawdopodobnie zawiadomiono także dom handlowy o niepewności, w jakiej się znajdowano z jego powodu. Po tylu rycerskich przygodach wzdrygał się na myśl ukazania się w szkolnej postawie i postanowił działać bardzo hardo, aby tym sposobem pokryć swe zakłopotanie.

Jednak ku jego wielkiemu zdziwieniu i zadowoleniu wszystko poszło bardzo dobrze i pomyślnie. W wielkim, ożywionym i zajętym kantorze miano zaledwie czas odszukać jego listy; o jego przedłużającej się nieobecności pomyślano tylko przelotnie.

A kiedy otworzył listy ojca i swego przyjaciela Wernera, uznał je za całkiem znośne. Starzec, mając nadzieję na obszerny dziennik, którego prowadzenie zalecił gorliwie synowi przy rozstaniu i do którego wręczał mu tabelaryczny schemat, wydawał się dość spokojny co do milczenia w pierwszych chwilach i uskarżał się tylko na zagadkowość pierwszego i jedynego listu, wysłanego jeszcze z zamku hrabiego. Werner żartował tylko, we właściwy sobie sposób, opowiadał wesołe plotki miejskie i prosił o wiadomości o przyjaciołach i znajomych, których Wilhelm niezawodnie w obfitości pozna, bawiąc w dużym mieście handlowym.