Nasz przyjaciel, rad niezmiernie, że się tylko na tym skończyło, odpowiedział natychmiast w kilku swobodnie pisanych listach i obiecał ojcu obszerny dziennik podróży ze wszystkimi żądanymi uwagami z zakresu geografii, statystyki i handlu. W podróży wiele widział i żywił nadzieję, że będzie mógł ułożyć z tego niezły zeszyt. Nie spostrzegł, że znajdował się niemal w takim samym położeniu, jak wówczas kiedy zapalał świece i zwoływał widzów na przedstawienie sztuki, która nie była ani napisana, ani tym bardziej wyuczona na pamięć. Więc też kiedy naprawdę chciał się zabrać do tej roboty, zauważył niestety, że mógłby wprawdzie mówić i opowiadać o uczuciach i myślach, o pewnych doświadczeniach serca i umysłu, ale nie o przedmiotach zewnętrznych, na które, jak teraz dostrzegł, nie zwracał najmniejszej uwagi.

W tym kłopocie wybornie przydały mu się wiadomości jego przyjaciela Laertesa. Przyzwyczajenie związało ze sobą tych dwu młodzieńców, chociaż tak byli do siebie niepodobni, a Laertes, pomimo wszystkich swoich wad wskutek dziwactw był naprawdę zajmującym człowiekiem. Obdarzony pogodnym, szczęśliwym usposobieniem, mógłby się zestarzeć, nie rozmyślając zgoła nad swoim stanem. Tymczasem wszakże nieszczęście i choroba pozbawiły go niezmąconego uczucia młodości, a otworzyły mu wzrok na marność, na fragmentaryczność naszego istnienia. Stąd wziął się kapryśny, rapsodyczny sposób myślenia o przedmiotach, a raczej wyrażania bezpośrednich wrażeń przez nie wywoływanych. Niechętnie przebywał w samotności, wałęsał się po wszystkich kawiarniach, po wszystkich gospodach, a jeśli pozostawał w domu, to opisy podróży były dla niego najmilszą, bo jedyną lekturą. Znalazłszy wielką wypożyczalnię książek, mógł do woli zaspokajać to upodobanie, tak że niebawem połowa świata tłukła się w jego doskonałej pamięci.

Jakżeż więc łatwo mógł dodać otuchy swojemu przyjacielowi, kiedy ten przyznał mu się do zupełnego braku zapasów do wykonania sprawozdania, które tak uroczyście przyrzekł.

— No, to zrobimy sztuczkę — rzekł — która nie będzie miała równej sobie. A czyż to Niemcy nie są z jednego końca w drugi przejeżdżone, przemierzone, przekroczone, przepełznięte i przefrunięte? I czyż każdy podróżnik niemiecki nie ma tej świetnej wygody, iż każe publiczności zwracać sobie swoje wielkie czy małe wydatki? Podaj mi tylko swoją marszrutę podróżną, zanim się do nas dostałeś; resztę wiem. Wyszukam źródła i książki pomocnicze do twego dzieła; co do mil kwadratowych, które nie zostały wymierzone, i co do liczby ludności, której nie rachowano, nie pozwolimy, żeby ich w nim brakowało. Dochody państw weźmy z kalendarzyków i tabel, które, jak wiadomo, są najpewniejszymi dokumentami. Na nich oprzemy nasze wywody polityczne; nie zabraknie nam też spostrzeżeń co do rządów. Paru panujących opiszemy jako prawdziwych ojców ojczyzny, ażeby nam tym łatwiej uwierzono, kiedy kilku innym przypniemy łatki; a jeżeli nie będziemy przejeżdżali właśnie przez miejsce zamieszkania jakich znakomitych mężów, to spotkamy się z nimi w gospodzie i każemy im mówić sobie w zaufaniu najniedorzeczniejsze androny. Przede wszystkim zaś nie zaniedbamy wpleść jak najpowabniej romansu z jakąś naiwną dziewczyną, a zrobi się dzieło, które nie tylko ojca i matkę napełni zachwytem, ale za które ci zapłaci z ochotą każdy księgarz.

Wzięli się do roboty i obaj przyjaciele mieli dużo przyjemności przy pracy, równocześnie zaś Wilhelm wieczorem na przedstawieniu i w towarzystwie Serla i Aurelii znajdował największe zadowolenie, a myśli jego, które aż nazbyt długo kręciły się w ciasnym obrębie, z każdym dniem rozszerzały się coraz bardziej.

Rozdział osiemnasty

Z niezmiernym zainteresowaniem dowiadywał się po kawałku o biegu życia Serla; nie było bowiem zwyczajem tego dziwnego człowieka zwierzać się poufnie i mówić o czymkolwiek bez przerw i przeszkód. Był on, można powiedzieć, zrodzony i wykarmiony w teatrze. Gdy jeszcze był niemowlęciem, umiał samą swoją obecnością wzruszać widzów, gdyż i wówczas już autorzy znali te naturalne i niewinne środki pomocnicze, a jego pierwsze wyrazy: „ojciec” i „matka” przynosiły mu w ulubionych sztukach największe uznanie, zanim wiedział, co znaczyło klaskanie. Niejednokrotnie jako Amor95 zlatywał na ziemię, drżąc w podtrzymującym go przyrządzie; jako Arlekin96 wykluł się z jajka, a jako mały psotnik wcześnie już płatał najpocieszniejsze figle.

Niestety, oklaski otrzymywane w ciągu świetnych wieczorów musiał bardzo drogo opłacać w przerwach między nimi. Ojciec jego, przeświadczony, że uwagę dzieci można wzbudzić i utrzymać jedynie biciem, ćwiczył go w pewnych odmierzonych odstępach czasu przy uczeniu się każdej roli, nie dlatego, iżby dziecko było niezręczne, ale żeby z tym większą pewnością i stałością mogło się okazywać zręczne. Tak niegdyś przy ustawianiu kamieni granicznych wymierzano stojącym wokół dzieciom potężne policzki, a najstarsi ludzie przypominają sobie jeszcze dokładnie to miejsce. Wzrastał i okazywał nadzwyczajne zdolności umysłu i wielką sprawność ciała, a przy tym niepospolitą giętkość zarówno w dziedzinie wyobrażeń, jak w działaniu i gestach. Jego dar naśladowniczy przewyższał wszelkie przypuszczenia. Już jako chłopiec naśladował ludzi tak dobrze, iż można było uwierzyć, że się je widzi, chociaż nie były do niego wcale podobne kształtem, wiekiem i charakterem, a pomiędzy sobą różniły się znacznie. Prócz tego nie zbywało mu na darze przystosowania się do świata, a gdy tylko uświadomił sobie trochę swoje sił,y uznał za rzecz najnaturalniejszą umknąć od ojca, który chociaż rozum chłopca wzrastał, a jego zręczność się zwiększała, uważał jeszcze za konieczne dopomagać im surowym traktowaniem.

Jakże szczęśliwy czuł się tedy wyzwolony chłopak w swobodnym świecie, gdy jego sowizdrzalskie sztuki zyskiwały mu dobre przyjęcie! Jego dobra gwiazda zaprowadziła go najpierw w zapusty do klasztoru, gdzie z powodu śmierci jednego z ojców, który miał się zająć procesjami i za pomocą maskarad duchownych rozweselać wspólnotę chrześcijańską, zjawił się jako anioł stróż śpieszący z pomocą. Wziął też zaraz na siebie rolę Gabriela w Zwiastowaniu i nie sprawił niemiłego wrażenia na ładnej dziewczynie, która jako Maryja z zewnętrzną pokorą, a wewnętrzną dumą bardzo wdzięcznie przyjęła jego eleganckie pozdrowienie. Grał z powodzeniem najważniejsze role w misteriach i nie za byle co się poczytywał, gdy w końcu nawet jako Zbawiciel świata został wyśmiany, obity i rozpięty na krzyżu.

Kilku żołdaków zbyt naturalnie zapewne grało przy tej sposobności swe role; ażeby tedy zemścić się na nich jak najprzyzwoiciej, ubrał ich z okazji Sądu Ostatecznego w najwspanialsze szaty cesarzów i królów, a gdy ci, wielce zadowoleni ze swoich ról, pośpieszyli naprzód, by móc w niebie paradować przed innymi, on w tej właśnie chwili najniespodziewaniej wyruszył naprzeciw nim w postaci diabła i ku najserdeczniejszemu zbudowaniu wszystkich widzów i żebraków, tęgo wymłócił ich pogrzebaczem i bez litości powpychał ich znowu do jamy, gdzie ich wielce dotkliwie przyjął nagle wybuchający ogień.