Był dość roztropny, by przewidzieć, że koronowane głowy nie zapomną jego swawoli i nie będą miały szacunku nawet wobec jego uprzywilejowanego urzędu oskarżyciela i oprawcy; zanim tedy jeszcze nastało Królestwo Boże, umknął stamtąd po cichu i w sąsiednim mieście przyjęty został z otwartymi ramionami przez towarzystwo, które nazywano wtedy „Dziećmi wesołości” {Kinder der Freude). Byli to rozumni, dowcipni, ruchliwi ludzie, którzy dobrze rozumieli, iż suma naszego istnienia podzielona przez rozum nigdy nie daje całości, lecz zawsze pozostaje dziwny ułamek. W pewnych określonych chwilach starali się umyślnie pozbyć tego niedogodnego, a kiedy wmiesza się do całej masy, niebezpiecznego ułamka. Przez jeden dzień w tygodniu byli całkowitymi błaznami i wtedy karcili wzajemnie za pomocą przedstawień alegorycznych to, co podczas reszty dni zauważyli błazeńskiego w sobie lub w innych. Chociaż środek ten był niewątpliwie prymitywniejszy niż wynik wykształcenia, wskutek którego człowiek moralny przywyka codziennie do spostrzeżeń nad sobą, do wymówek i kar, był on jednak weselszy i pewniejszy, bo nie zapierając się pewnego ukochanego w sobie błazna, uważano go przecież za to tylko, czym był istotnie, gdy przeciwnie, na innej drodze, przy pomocy łudzenia samego siebie, częstokroć zdobywa on sobie panowanie w domu i wtrąca w tajemną niewolę rozum, który sobie wyobraża, że tego błazna już dawno wypędził.

Maska błazeńska obchodziła po kolei całe towarzystwo i każdemu wolno było w dniu na niego przypadającym przyozdabiać ją charakterystycznie własnymi lub cudzymi właściwościami. W czasie karnawału pozwalano sobie na największą swobodę i współzawodniczono z usiłowaniami duchowieństwa w zabawieniu i przyciągnięciu ludu do siebie. Uroczyste alegoryczne występy cnót i grzechów, sztuk i umiejętności, części świata i pór roku uzmysłowiały ludowi mnóstwo pojęć i dawały mu wyobrażenie na odległe tematy, toteż żarty te nie były bezużyteczne, gdy z drugiej strony maskarady duchowne utwierdzały tylko we wstrętnych zabobonach.

Tutaj także młody Serlo był w swoim żywiole; nie miał faktycznie talentu wynalazczego, natomiast z największą zręcznością potrafił to, co już wynaleziono, zużytkować, postawić na nogi i nadać mu dobry pozór. Jego pomysły, dar naśladowczy, a nawet żrący dowcip, który mógł co najmniej raz w tygodniu ostrzyć się zupełnie swobodnie, nawet o swoich dobroczyńców, uczyniły go całemu towarzystwu potrzebnym, ba, niezbędnym.

Ale jego niespokojny duch wygnał go wkrótce z tego korzystnego położenia w inne strony ojczyzny, gdzie musiał przejść przez nową szkołę. Przybył do wykształconej, ale pozbawionej wyobraźni części Niemiec, gdzie ku czci dobra i piękna nie zbywa bynajmniej na prawdzie, ale za to zbywa często na dowcipie; swoimi maskami niczego tu nie mógł uzyskać; musiał się starać działać na serce i uczucie. Czas tylko krótki bawił tu w małych i dużych towarzystwach i przy tej okazji podpatrzył właściwości wszystkich sztuk i aktorów. Szybko pojął monotonię, panującą wtedy w teatrze niemieckim, niedorzeczny spadek i dźwięk aleksandrynów97, napuszony, płaski dialog, suchość i pospolitość bezpośrednich kaznodziejów moralności, a zarazem spostrzegł, co wzruszało i podobało się. Nie jakaś jedna rola w sztukach mających powodzenie, ale całe utwory z łatwością zapadały mu w pamięci, a równocześnie i ten szczególny ton aktora, który je wypowiadał, wywołując oklaski!

Otóż przypadkiem wśród tych wycieczek, kiedy mu zupełnie brakło pieniędzy, wpadł na myśl przedstawiania samemu całych sztuk, zwłaszcza w dworach szlacheckich i po wsiach, i tym sposobem zapewnienia sobie wszędzie i utrzymania, i noclegu. W każdej karczmie, w każdym pokoju i ogrodzie mógł zaraz roztoczyć swój teatr; z chytrą powagą i pozornym zapałem umiał sobie pozyskać wyobraźnię widzów, otumanić ich zmysły i we własnych ich oczach przemienić starą szafę w zamek, a wachlarz w sztylet. Ciepło młodzieńcze zastępowało mu brak głębokiego uczucia, jego gwałtowność wydawała się potęgą, a przypochlebianie się czułością. Tym, którzy znali już teatr, przypominał on wszystko, co niegdyś widzieli i słyszeli, a w innych budził poczucie czegoś cudownego oraz życzenie dokładniejszego się z tym zapoznania. Co w jednym miejscu wywarło wrażenie, nie zaniedbywał powtórzyć tego w innym, a jego w sercu zapanowywała psotna radość, jeśli wszystkich ludzi w jednakowy sposób mógł na poczekaniu wystrychnąć na dudków.

Ze swoim żywym, swobodnym i niczym nieskrępowanym duchem doskonalił się bardzo szybko, często powtarzając role i całe sztuki. Niebawem deklamował i grał stosowniej do sensu niż te wzory, które z początku tylko naśladował. Tą drogą doszedł powoli do grania w sposób naturalny, a jednak zawsze maskujący jego własną osobę. Wydawał się zachwycony i czatował na efekt, a jego największą dumą było wzruszać ludzi stopniowo. Nawet to szalone rzemiosło, jakie uprawiał, zmusiło go niebawem do postępowania z pewnym umiarkowaniem, i tak, częścią z musu, częścią z instynktu, nauczył się tego, o czym tak niewielu aktorów wydaje się mieć jakiekolwiek pojęcie: żeby organów i gestów używać ekonomicznie.

Tym sposobem umiał poskromić i zainteresować sobą nawet szorstkich i nieprzychylnych ludzi. Ponieważ wszędzie zadowolony był z pożywienia i przytułku, każdy podarunek, jaki mu wręczano, przyjmował z wdzięcznością, co więcej, odrzucał niekiedy pieniądze, jeśli ich miał swoim zdaniem pod dostatkiem; odsyłano go sobie tedy z listami polecającymi, i tak wędrował przez czas długi z jednego dworu do drugiego, wzniecając niejedną rozrywkę, niejednej sam używając, nie bez wielce miłych i zręcznych awanturek.

Z przyczyny wewnętrznego chłodu duszy nie kochał właściwie nikogo; z przyczyny przenikliwości swego wzroku, nie mógł nikogo poważać; widział bowiem zawsze tylko zewnętrzne właściwości ludzi i znosił je do swego zbioru mimicznego. Przy tym jednak jego indywidualność czuła się nadzwyczaj obrażona, jeśli się nie każdemu podobał i jeśli nie wszędzie wywoływał oklaski. Zwracał baczną uwagę, jak je osiągnąć, i powoli tak wyćwiczył swój zmysł, że nie tylko w przedstawieniach, ale nawet w życiu potocznym nie występował inaczej, jak przypochlebiając się. Tak to jego usposobienie, talent i sposób życia wzajemnie na siebie oddziaływały, iż niepostrzeżenie wyrobił się na doskonałego aktora. Ba, wskutek dziwnego na pozór, ale bardzo naturalnego w gruncie działania i oddziaływania, wskutek rozmysłu i wprawy, jego recytacja, deklamacja i gra mimiczna wzniosły się na bardzo wysoki stopień prawdy, swobody i szczerości, gdy tymczasem on sam w życiu i w towarzystwie stawał się, jak się zdawało, coraz bardziej skryty, sztuczny, nawet obłudny i nieufny.

O jego losach i przygodach opowiemy może w innym miejscu, a tu zauważymy tylko tyle, że w dobie późniejszej, kiedy już był człowiekiem dojrzałym, mającym wyrobione imię i bardzo dobre, choć nie bardzo pewne stanowisko, przywykł w rozmowie w sposób subtelny, częścią ironiczny, częścią szyderczy, grać rolę sofisty98 i przez to rozbijać prawie każde poważne porozumienie się.

Używał mianowicie tej maniery względem Wilhelma, skoro ten, jak to mu się często zdarzało, miał ochotę zawiązać ogólną teoretyczną rozmowę. Mimo to chętnie ze sobą przestawali, a ich rozmowa wskutek obustronnego nastroju stawała się ożywiona. Wilhelm pragnął wszystko rozwijać z pojęć, jakie sobie wyrobił, i chciał obrabiać rzecz o sztuce w pewnym ścisłym związku. Chciał ustalić wyraźne prawidła, określić, co jest słuszne, piękne i dobre, i co zasługuje na uznanie; słowem, traktował wszystko jak najpoważniej. Serlo, przeciwnie, brał rzeczy bardzo lekko i nie odpowiadając nigdy wprost na pytanie, umiał za pośrednictwem jakiejś anegdoty lub żartu przytoczyć wielce zręczne i wielce zajmujące wyjaśnienie i pouczyć towarzystwo, rozweselając je.