— Nic nie przewyższy pary pantofelków tak delikatnej, pięknej roboty — mówił Serlo — lecz ich dźwięk jest jeszcze powabniejszy od ich widoku.

Podniósł je i opuszczał je kolejno, jeden po drugim na stół kilka razy.

— Co to ma znaczyć? Połóż je pan! — zawołała Filina.

— Mamże powiedzieć? — odparł z udaną skromnością i chytrą powagą. — My, starzy kawalerowie, którzy w nocy przeważnie bywamy sami, a przecie jak inni ludzie boimy się i w ciemności tęsknimy za towarzystwem, zwłaszcza w karczmach i obcych miejscach, gdzie niezupełnie jakoś swojo, uważamy za rzecz pocieszającą, kiedy jakieś poczciwe dziecko chce nam dotrzymywać towarzystwa i obecności. Noc; leży się w łóżku, słychać szmer, drży się; drzwi się otwierają, poznaje się miły, piskliwy głosik, coś się wkrada, kotary szeleszczą, klip! klap! pantofle spadają i huź! już się nie jest samym. Ach, przyjemny, jedyny dźwięk, kiedy obcaski uderzają o podłogę! Im są zgrabniejsze, tym dźwięk ich delikatniejszy. Niech sobie mówią o Filomeli103, o szemrzących strumykach, o szumie wiatrów i o wszystkim, co kiedykolwiek grało i świszczało, ja pozostanę przy klip! klap! Tak, klip! klap! to najpiękniejszy temat do ronda104, którego się pragnie słuchać wciąż od początku.

Filina wzięła mu z rąk pantofle i rzekła:

— Jakże je wykoślawiłam! Są dla mnie zbyt szerokie.

Potem bawiła się nimi i tarła je podeszwami.

— Jakże się to rozgrzewa! — zawołała, przykładając jedną podeszwę do policzka; następnie potarła ją mocno i zwróciła ją w stronę Serla.

Ten dobrodusznie chciał się przekonać o cieple, a ona: „klip! klap!” zawołała, wymierzając mu obcasem tęgie uderzenie, tak że z krzykiem cofnął rękę.

— Nauczę was myśleć przy moich pantoflach o czymś innym — rzekła Filina, śmiejąc się.