Można tedy sobie wyobrazić, jak zdziwił się Wilhelm, kiedy wieczorem pod adresem swego nazwiska teatralnego, znalazł na swym stole zapieczętowany następujący bilecik, kreślony dziwnym charakterem:

„Jesteś, o rzadki młodzieńcze, w wielkim, jak wiemy, kłopocie. Ledwie ludzi znajdujesz do swego Hamleta, a cóż dopiero duchy! Gorliwość twoja zasługuje na cud; cudu dokonać wprawdzie nie możemy, ale stanie się coś cudownego. Jeżeli masz ufność, to w oznaczonej godzinie duch się zjawi! Bądź odważny i pozostań pewny siebie. Nie potrzeba odpowiedzi, dowiemy się o twoim postanowieniu”.

Z tym dziwnym listem pośpieszył do Serla, który odczytał go raz i drugi, a w końcu z zafrasowaną miną powiedział, że to ważna rzecz, że trzeba się dobrze namyśleć, czy można i czy należy się na to odważyć.

Rozmawiali długo za i przeciw; Aurelia milczała i od czasu do czasu uśmiechała się, a kiedy po kilku dniach znów była o tym mowa, dała dość wyraźnie do zrozumienia, że uważa to za żart ze strony Serla. Prosiła Wilhelma, żeby się przestał niepokoić i cierpliwie oczekiwał ducha.

W ogóle Serlo był w najlepszym humorze; odchodzący bowiem aktorzy starali się grać jak najlepiej, żeby było ich za co żałować, a z ciekawego oczekiwania na nowe towarzystwo mógł się spodziewać także jak najlepszego przyjęcia.

Także przestawanie z Wilhelmem wywarło na niego pewien wpływ. Zaczął więcej mówić o sztuce, bo ostatecznie był przecie Niemcem, a naród ten chętnie zdaje sobie sprawę z tego, co robi. Wilhelm zapisał sobie niejedną z takich rozmów, a że opowiadanie nie może tu być tak często przerywane, podamy takie dramaturgiczne rozprawki przy innej sposobności dla tych z czytelników naszych, którzy się tym interesują.

Szczególnie wesoły był Serlo pewnego wieczoru, mówiąc, jak zamierza przedstawić rolę Poloniusza.

— Obiecuję tym razem — rzekł — bardzo godnego człowieka wystrychnąć na dudka; należyty spokój i pewność, pustkę i nadętość, uprzejmość i niesmaczne maniery, swobodę i uległość, dobroduszną chytrość i kłamaną prawdę, wszystko oddam bardzo powabnie, gdzie ich miejsce. Postaram się przedstawić i wygłosić jak najdworniej takiego siwego, uczciwego, wytrwałego, pracowitego półłotra, a w tym niezłą przysługę wyświadczą mi trochę ostre i grube rysy pędzla naszego autora. Będę mówił jak książka, jeśli się przygotuję, a jak głupiec, kiedy będę w dobrym usposobieniu. Będę płaski, ażeby każdemu dokuczyć, a zawsze tak zręczny, żeby nie spostrzegać, kiedy ze mnie ludzie kpią. Rzadko którą rolę wziąłem z taką ochotą i przebiegłością.

— Żebym to ja po mojej się tyle spodziewać! — rzekła Aurelia. — Nie mam ani dosyć młodości, ani dość miękkości, by się utrzymać w tym charakterze. Jedno wiem tylko, niestety: uczucie, które Ofelię pozbawia przytomności, nie opuści mnie.

— Nie myślimy brać tego dosłownie — odparł Wilhelm — bo właściwie moje pragnienie, by grać Hamleta, przy każdym studiowaniu sztuki najgorzej wprowadzało mnie w błąd. Im bardziej się wpatruję w swą rolę, tym mocniej się przekonuję, że w całej mojej postaci nie ma ani jednego rysu fizjonomii, jaką Szekspir daje swemu Hamletowi. Kiedy sobie dobrze rozważę, jak ściśle się wszystko wiąże w roli, to ledwie dowierzam, bym mógł wywołać choć znośne wrażenie.