— Proszę wstawać, Filino! Co to ma znaczyć? Gdzież twoja roztropność, twoje dobre prowadzenie się? Czy mamy jutro stać się przedmiotem plotek?
Nic się nie ruszyło.
— Nie żartuję — mówił dalej — te igraszki względem mnie są zupełni niestosowne.
Żadnego głosu! Żadnego poruszenia!
Krokiem stanowczym i gniewnym zbliżył się wreszcie do łóżka i rozsunął szybko kotary.
— Proszę wstawać — rzekł — jeżeli nie mam pani na tę noc pozostawić pokoju.
Z wielkim zdumieniem zauważył, że łóżko jest puste, a poduszki i kołdrę w najpiękniejszym spokoju. Obejrzał się, szukał, przetrząsał wszystko i nie znalazł ani śladu figlarza. Za łóżkiem, za piecem, za szafami niczego nie było; poszukiwał coraz to pilniej, ba, złośliwy obserwator mógłby pomyśleć, że szukał, by znaleźć.
Sen go odbiegł; Wilhelm położył pantofle na stole; przechadzał się wzdłuż i wszerz, stawał niekiedy przy stole, a figlarny chochlik, który go szpiegował, zapewnia, że znaczną część nocy zajmował się nader miłymi kopytkami, że przypatrywał się im z pewnym zainteresowaniem, brał je w ręce, bawił się nimi i dopiero nad ranem rzucił się w ubraniu na łóżko, zasypiając wśród najdziwniejszych majaczeń.
I rzeczywiście spał jeszcze, kiedy wszedł Serlo i zawołał:
— A pan gdzie? Jeszcze w łóżku? Czy podobna! Szukałem pana w teatrze, gdzie jeszcze niejedno jest do zrobienia.