Wilhelm, siedząc w altanie, rozważał to wszystko, gdy w pobliskim korytarzu posłyszał kogoś przemykającego się. Po smutnym śpiewie, który natychmiast się rozpoczął, poznał harfiarza. Piosenka, którą mógł doskonale zrozumieć, zawierała pocieszanie nieszczęśliwego, który czuje się bardzo bliski obłąkania. Niestety, Wilhelm spamiętał tylko ostatni ustęp.
U drzwi przemknę się spokojnie,
Kornie, cicho jako sen;
Człek poczciwy karm121 da hojnie,
Potem pójdę dalej, hen.
Każdy szczęsnym zwać się będzie,
Gdy ma twarz się zjawi tu;
Łza mu spłynie, choć nie wszędzie
Zgadnę, czemu łzawo mu.
Mówiąc te słowa, podszedł do drzwi ogrodowych, które prowadziły na oddaloną ulicę; a że je zastał zamknięte, chciał wspiąć się na ogrodzenie, lecz Wilhelm zatrzymał go, przemawiając serdecznie. Starzec prosił go, by mu otworzył, bo on chce i musi uciec. Wilhelm tłumaczył mu, że wprawdzie może wyjść z ogrodu, ale nie z miasta i przekonywał, jak dalece takim krokiem naraża się na podejrzenia; jednak na próżno! Starzec obstawał przy swoim. Wilhelm nie ustąpił i na pół przemocą zaprowadził go w końcu do domku, zamknął się tu z nim razem i prowadził z nim dziwną rozmowę, którą jednak, aby czytelników naszych nie dręczyć myślami bez związku i przykrymi uczuciami, wolimy raczej przemilczeć niż szczegółowo przytaczać.