Dwa czy trzy domy stały całe w płomieniach. Do ogrodu nikt nie mógł uciekać z powodu pożaru w sklepieniu ogrodowym. Wilhelmowi było przykro ze względu na przyjaciół, mniej ze względu na rzeczy. Nie śmiał opuścić dzieci, a widział coraz większe wzmaganie się klęski.
Spędził kilka godzin w bolesnym położeniu: Feliks usnął na jego łonie, Mignon leżała obok niego i trzymała go za rękę. Na koniec podjęte wysiłki stłumiły ogień. Spalone budynki zwaliły się; nadszedł ranek; dzieciom zaczęło być zimno, a i jemu samemu w lekkim ubraniu opadająca rosa stawała się prawie nie do zniesienia. Poprowadził je do zwalisk spalonego budynku; przy kupie węgli i popiołu znaleźli bardzo przyjemne ciepło.
Świt sprowadził wszystkich przyjaciół i znajomych w jedno miejsce. Każdy się wyratował, nikt nie utracił wiele.
Kufer Wilhelma także się znalazł, a Serlo, gdy było koło dziesiątej, pędził do próby z Hamleta, przynajmniej tych kilku scen, w których występowali nowi aktorzy. Miał potem parę jeszcze rozpraw z policją. Duchowieństwo żądało, by po takim wyroku karzącego Boga teatr został zamknięty, a Serlo utrzymywał, że już to dla powetowania tego, co stracił tej nocy, już to dla rozerwania przerażonych umysłów przedstawienie zajmującej sztuki jest więcej niż kiedykolwiek na czasie. To zdanie przeważyło i teatr był zapełniony. Aktorzy grali z rzadkim zapałem i z nie mniejszą niż za pierwszym razem swobodą. Widzowie, których uczucie spotęgowało się wskutek strasznej sceny nocnej, a wskutek nudów roztargnionego i popsutego dnia stało się jeszcze przystępniejsze dla interesującej zabawy, mieli więcej wrażliwości na rzeczy nadzwyczajne. W większości byli to widzowie nowi, ściągnięci sławą sztuki, niemogący robić porównań z poprzednim wieczorem. Zrzęda grał zupełnie w myśl nieznanego ducha, a pedant również dobrze szedł w tropy swego poprzednika, przy tym jego licha powierzchowność wyszła mu na korzyść, tak że Hamlet rzeczywiście nie krzywdził go bynajmniej, gdy go przezywał łatanym z gałganów królem, pomimo jego płaszcza z purpury i gronostajowego kołnierza.
W dziwniejszy od niego sposób nikt chyba nie dostał się na tron, a chociaż inni, a zwłaszcza Filina, siarczyście kpili z jego nowej godności, dał do zrozumienia, że hrabia jako wielki znawca na pierwszy rzut oka przepowiedział o nim to i wiele więcej jeszcze; natomiast Filina zachęcała go do pokory, zapewniając, że przy sposobności wypudruje mu rękawy surduta, ażeby pamiętał o owej nieszczęsnej nocy w zamku i nosił skromnie koronę.
Rozdział czternasty
Obejrzano się naprędce za kwaterami, a przez to towarzystwo bardzo się rozproszyło. Wilhelm polubił domek letni w ogrodzie, przy którym spędził noc; łatwo otrzymał do niego klucze i urządził się w nim, a ponieważ Aurelii w jej nowym mieszkaniu było za ciasno, musiał zatrzymać u siebie Feliksa, a Mignon nie chciała opuścić chłopca.
Dzieci zajęły ładny pokoik na pierwszym piętrze. Wilhelm zakwaterował się w sali na dole. Dzieci posnęły, ale on nie mógł znaleźć spokoju.
Obok ślicznego ogrodu, oświetlonego wspaniale księżycem, który dopiero co wzeszedł, stały smutne ruiny, z których tu i ówdzie wydobywał się jeszcze dym; powietrze było przyjemne, a noc nadzwyczaj piękna. Przy wyjściu z teatru Filina trąciła go łokciem i szepnęła mu kilka słów, których nie dosłyszał. Był zmieszany i gniewny i nie wiedział, czego miał oczekiwać lub co robić. Przez parę dni Filina unikała go i dopiero tego wieczora dała mu znak. Niestety drzwi, których miał nie zamykać, spaliły się, a pantofelki poszły z dymem. Nie wiedział, jak ta piękność zejdzie do ogrodu, jeżeli to było jej zamiarem. Pragnął jej nie widzieć, a jednak aż nadto chętnie byłby się z nią porozumiał.
Ale co mu leżało na sercu jeszcze cięższym kamieniem, to los harfiarza, którego już potem nie widziano. Wilhelm lękał się, by przy uprzątaniu nie znaleziono go martwego pod gruzami. Skrywał przed wszystkimi swoje podejrzenie, iż stary był sprawcą pożaru. On pierwszy bowiem wyszedł naprzeciw niego z płonącego i dymiącego poddasza, a rozpacz w galerii ogrodowej wydała mu się następstwem takiego nieszczęsnego wypadku. A jednak przy badaniu, jakie natychmiast zarządziła policja, okazało się jako rzecz prawdopodobna, że pożar powstał nie w domu, gdzie mieszkali, ale w trzecim od niego i ogień zaraz prześliznął się dalej pod dachami.