— Mistrzu, ratuj swego Feliksa! Stary oszalał! Stary go zabije!

Wilhelm, nie namyślając się, zbiegł ze schodów, a Mignon szła za nim trop w trop.

Na ostatnich stopniach, prowadzących do sklepienia ogrodowego, zatrzymał się z przerażenia. Wielkie wiązki słomy i chrustu, które tam nagromadzono, paliły się jasnym płomieniem; Feliś leżał na podłodze i wrzeszczał; stary ze spuszczoną głową stał z boku przy ścianie.

— Co robisz, nieszczęsny? — krzyknął Wilhelm.

Starzec milczał, Mignon podniosła Felisia i z trudem ciągnęła chłopca do ogrodu, gdy Wilhelm usiłował rozrzucić i przydusić ogień, ale przez to wzmagał tylko siłę i żywość płomieni. W końcu z opalonymi rzęsami i włosami musiał także uciec do ogrodu, pociągając przez płomienie i starca, który z opaloną brodą niechętnie szedł za nim.

Wilhelm pośpieszył natychmiast szukać dzieci w ogrodzie. Znalazł je na progu odległego domku letniego, a Mignon robiła, co mogła, by uspokoić malca. Wilhelm wziął go na łono, wypytywał, obmacywał go i nie mógł z obojga dzieci nic wydobyć, co miałoby jakiś ze sobą związek.

Tymczasem ogień opanował gwałtownie kilka domów i oświetlił całą okolicę. Przy czerwonym blasku płomieni Wilhelm obejrzał dziecko, ale nie mógł dostrzec ani rany, ani krwi, ani nawet guza. Obmacał je wszędzie; nie dawało żadnej oznaki bólu, przeciwnie, powoli uspokoiło się i zaczęło dziwić się płomieniowi, a nawet cieszyć się pięknie, wedle porządku jak jakaś iluminacja, płonącym krokwiom i zrębom.

Wilhelm nie pomyślał o ubraniu i o innych rzeczach, jakie mógł utracić; czuł silnie, jak drogie mu były te dwa stworzenia ludzkie, które widział ocalone od tak wielkiego niebezpieczeństwa. Przycisnął malca do serca z całkiem nowym uczuciem i chciał także z radosną tkliwością objąć Mignon, która jednak łagodnie się od tego usunęła, wzięła go za rękę i ją zatrzymała.

— Mistrzu! — rzekła (aż do tego wieczoru nigdy jeszcze go tak nie nazywała, gdyż pierwotnie zwykła go była zwać panem, a potem ojcem). — Mistrzu! Uszliśmy wielkiemu niebezpieczeństwu: twój Feliks był bliski śmierci.

Za pomocą wielu pytań Wilhelm dowiedział się wreszcie, że jak tylko weszli pod sklepienie, harfiarz wyrwał Mignon świecę z ręki i natychmiast zapalił słomę. Potem posadził Feliksa na podłodze, położył ręce na głowie dziecka, robiąc dziwaczne ruchy, i wydobył nóż, jakby chciał spełnić ofiarę. Dziewczyna skoczyła i wyrwała mu nóż z ręki; krzyczała, a ktoś z domu, kto wynosił jakieś rzeczy do ogrodu, przyszedł jej na pomoc, ale w zamieszaniu widocznie odszedł, zostawiając starca i dziecko samych.