Bądź co bądź jednak można było przy tej sposobności sprawdzić spostrzeżenie, że nie powinno się rozpoczynać od uroczystości żadnego stanu, który ma trwać dłużej, który ma się stać istotnym powołaniem, istotnym trybem życia. Obchodźmy uroczyście to tylko, co zostało szczęśliwie ukończone; wszystkie ceremonie na początku wyczerpują ochotę i siły, które mają wywoływać dążenie i dopomagać nam w znoszeniu ustawicznych trudów. Wśród wszystkich uroczystości uroczystość weselna jest najbardziej niestosowna, żadna inna nie powinna być obchodzona z większą niż ta ciszą, pokorą i nadzieją.
Tak wlókł się dzień dalej, a Wilhelmowi nigdy jeszcze żaden nie wydał się tak powszedni. Zamiast zwykłej rozmowy wieczorem zaczęto ziewać, zainteresowanie Hamletem wyczerpało się i uznawano prawie za rzecz niewygodną, że następnego dnia ma być wystawiony powtórnie. Wilhelm pokazał zasłonę ducha; trzeba było wyprowadzić stąd wniosek, że duch już się nie zjawi. Serlo mianowicie był tego zdania; zdawało się, że był dobrze zaznajomiony z radami dziwnej postaci; natomiast słowa: „Uciekaj, młodzieńcze, uciekaj!” nie dawały się wytłumaczyć. Jakże mógł Serlo być zgodny z kimś, kto widocznie nosił się z zamiarem usunięcia najznakomitszego aktora z jego towarzystwa?...
Okazało się tedy koniecznością dać rolę ducha zrzędzie, a rolę króla pedantowi. Obaj oświadczyli, że już je przestudiowali, i nic dziwnego, gdyż wobec wielu prób i szerokiego traktowania tej sztuki, wszyscy się z nią zaznajomili tak dobrze, że łatwo w ogóle mogli się pozamieniać rolami. Mimo to naprędce zrobiono trochę prób, a kiedy się dosyć późno rozchodzono, przy pożegnaniu Filina szepnęła Wilhelmowi po cichu:
— Muszę zabrać swoje pantofle, nie zasuniesz rygla, prawda?
Słowa te, gdy przyszedł do swego pokoju, wprawiły go w niejakie zakłopotanie; potwierdzały przypuszczenie, iż gościem nocy poprzedniej była Filina, a my zmuszeni jesteśmy przychylić się do tego mniemania, zwłaszcza że nie możemy odkryć przyczyn, które nasuwały Wilhelmowi wątpliwości i zwracały go ku innemu, dziwacznemu podejrzeniu. Przeszedł się kilka razy niespokojnie w tę i z powrotem po pokoju i rzeczywiście nie zasunął jeszcze rygla.
Wtem do izby wpadła Mignon, objęła go i zawołała:
— Mistrzu 120, ratuj dom! Pali się!
Wilhelm wyskoczył za drzwi, a ogromny dym z wyższego piętra buchał ku niemu. Na ulicy słychać już było okrzyk: „Gore!” Harfiarz zaś ze swym instrumentem w ręce zbiegał bez tchu wśród dymu ze schodów. Aurelia wypadła ze swego pokoju i rzuciła małego Felisia Wilhelmowi na ręce.
— Ratuj pan dziecko! — zawołała. — My zajmiemy się resztą.
Wilhelm, który nie poczytywał niebezpieczeństwa za tak wielkie, zamierzał przede wszystkim dotrzeć do przyczyny pożaru, aby go, jeśli się da, stłumić w zarodku. Oddał dziecko starcowi i rozkazał mu pośpieszyć na dół kamiennymi kręconymi schodami, które poprzez małe sklepienie prowadziły do ogrodu, i pozostać z dziećmi na otwartym powietrzu. Mignon wzięła świecę, by mu poświecić. Wilhelm prosił następnie Aurelię, aby swoje rzeczy ratowała tą samą drogą. Sam zaś poprzez dym darł się na górę; na próżno jednak wystawiał się na niebezpieczeństwo. Płomień widocznie przedostawał się z sąsiedniego domu i objął już belkowanie strychu i lekkie schody; inni, którzy przybiegli na ratunek, cierpieli jak i on od dymu i ognia. Dodawał im jednak odwagi i wołał o wodę; zaklinał ich, żeby ogniowi ustępowali tylko krok za krokiem, i obiecywał pozostać przy nich. W tej chwili przyskoczyła Mignon, wołając: