Po upływie roku niemal całkowicie wróciłam do zdrowia, ale z dzieciństwa nie pozostało mi nic szalonego. Nie mogłam nawet bawić się lalkami; pragnęłam istot, które by odwzajemniały moją miłość. Psy, koty i ptaki, jakich różne gatunki hodował mój ojciec, sprawiały mi wielką przyjemność; ale czegóż bym nie dała, by posiadać stworzenie, które w jednej z baśni ciotki grało bardzo ważną rolę. Była to owieczka, którą wiejska dziewczyna złapała w lesie i wyhodowała, ale w tym miłym zwierzątku tkwił zaklęty królewicz, który się w końcu ukazał znowu jako piękny młodzieniec i swoją ręką nagrodził swoją dobrodziejkę.

Bardzo pragnęłam mieć taką owieczkę! Ale cóż, nie można było takiej znaleźć, a ponieważ wszystko wokół mnie odbywało się w sposób tak naturalny, musiałam z wolna prawie utracić nadzieję na posiadanie tak cudownej własności. Pocieszałam się tymczasem, czytając książki, w których opisywano cudowne wydarzenia. Spośród wszystkich najmilszy dla mnie był Chrześcijański niemiecki Herkules126; pobożna historia miłosna była zupełnie według mojej myśli. Jeżeli jego Waliskę coś spotykało — a spotykały ją rzeczy straszne — on modlił się naprzód, zanim pośpieszył jej na pomoc, i te modlitwy znajdowały się w książce w całej rozciągłości. Jakże mi się to podobało! Pociąg do rzeczy niewidzialnych, który wciąż odczuwałam, choć niewyraźnie, wzmagał się przez to, gdyż raz na zawsze Bóg miał być moim powiernikiem.

Gdy podrosłam, czytałam Bóg wie co, bez ładu i składu; ale Oktawia rzymska127 otrzymała pierwszeństwo nad wszystkimi. Prześladowanie pierwszych chrześcijan, ujęte w romans, budziło we mnie najżywsze zainteresowanie.

Wtem matka zaczęła zrzędzić na ciągłe czytanie; żeby ją zadowolić, ojciec jednego dnia odebrał mi książki z ręki, a drugiego mi je zwrócił. Miała tyle rozsądku, by zrozumieć, że nie ma na to rady, i odtąd nastawała już tylko, aby i Biblia była równie pilnie czytana. Do tego nie trzeba było mnie nakłaniać i czytałam księgi święte z wielkim zainteresowaniem. Przy tym matka dbała zawsze, by do moich rąk nie trafiła żadna z uwodzicielskich książek; sama odrzuciłabym była każde sprośne pismo, gdyż moi królewicze i królewny byli wszyscy nadzwyczaj cnotliwi, ale poza tym o historii naturalnej rodu ludzkiego wiedziałam więcej, niż dawałam poznać; nauczyłam się zaś tego głównie z Biblii. Zastanawiające ustępy porównywałam ze słowami i rzeczami, które wpadały mi w oczy, i wobec mojej żądzy wiedzy i daru kombinacyjnego szczęśliwie wydobywałam prawdę. Gdybym słyszała o czarownicach, musiałabym się zapoznać i z czarnoksięstwem.

Matce mojej i tej żądzy wiedzy mam do zawdzięczenia, iż przy tak silnym pociągu do książek nauczyłam się gotować, ale na to warto było popatrzeć. Zarżnąć kurę lub prosię było dla mnie uroczystością. Ojcu odnosiłam wnętrzności, a on rozmawiał ze mną o nich jak z młodym studentem i często z serdeczną radością zwał mnie swoim niedoszłym synem.

Tak skończyłam dwunasty rok. Uczyłam się francuskiego, tańca i rysowania i otrzymywałam zwykłe lekcje religii. Przy tej ostatniej powstawały we mnie pewne uczucia i myśli nieodnoszące się wszakże wcale do mojego stanu. Chętnie słuchałam o Bogu, byłam dumna z tego, że mogę o nim mówić lepiej niż moi rówieśnicy; przeczytałam gorliwie kilka książek, które uzdolniły mnie do paplania o religii, lecz nigdy nie przyszło mi do głowy pomyśleć, jak się rzecz ma ze mną, czy też dusza moja tak jest ukształtowana, czy podobna jest do zwierciadła, w którym odwieczne słońce mogło by się odbijać; założyłam to już z góry na zawsze.

Francuskiego uczyłam się z wielką ochotą. Nauczyciel był dzielnym człowiekiem. Nie był on lekkomyślnym empirykiem ani suchym gramatykiem; posiadał wiedzę, widział świat i ludzi. Wraz z nauką języka różnymi sposobami zaspokajał moją żądzę wiedzy. Kochałam go tak mocno, że z bijącym sercem oczekiwałam jego przyjścia.

Rysunki nie sprawiały mi trudności, zaszła bym w nich dalej, gdyby mistrz mój miał głowę i wiadomości, ale on miał tylko ręce i wprawę.

Taniec z początku dawał mi najmniej przyjemności; moje ciało było zanadto wrażliwe i uczyłam się jedynie w towarzystwie mojej siostry. Pomysł naszego tancmistrza, by wszystkim swoim uczniom i uczennicom wydać bal, całkiem inaczej ożywił ochotę do tego ćwiczenia.

Spośród wielu chłopców i dziewczynek wyróżniali się dwaj synowie nadwornego marszałka: młodszy w moim wieku, drugi o dwa lata starszy, dzieci tak wielkiej piękności, że według powszechnego zdania przewyższały wszystkie piękne dzieci, jakie kiedykolwiek widziano. A i ja, ledwie je ujrzałam, nie patrzyłam już na żadnego z całej gromady. W owej chwili tańczyłam uważnie i pragnęłam tańczyć pięknie. Jak się to stało, że i ci chłopcy mnie również wyróżnili spośród wszystkich innych? Dość że od pierwszej godziny byliśmy najlepszymi przyjaciółmi i jeszcze się nie skończyła zabawa, a już uzgodniliśmy, gdzie mamy się znów spotkać w najbliższym czasie. Wielka dla mnie radość! Ale byłam aż zachwycona, kiedy nazajutrz każdy z nich w uprzejmym liściku, któremu towarzyszył bukiet, dowiadywał się o moje zdrowie. Już nigdy później nie doznałam takiego uczucia jak wówczas! Na grzeczności odpowiedziałam grzecznościami, na liściki liścikami. Kościół i przechadzki stały się odtąd miejscami schadzek; nasi młodzi znajomi już zawsze zapraszali nas razem, ale mieliśmy dość przebiegłości, żeby rodzice tyle tylko dostrzegli, ileśmy tego sobie życzyli.