Miałam tedy dwu kochanków na raz. Nie zdecydowałam się na żadnego; obaj mi się podobali i byliśmy ze sobą w najlepszym porozumieniu. Wtem starszy mocno zachorował; ja sama często już chorowałam i umiałam cierpiącego ucieszyć przesyłką niejednej grzeczności i stosownych dla chorego łakoci, tak że jego rodzice, wdzięcznie przyjmując tę uprzejmość, dali posłuch prośbie drogiego syna i gdy tylko opuścił łóżko, zaprosili mnie do niego wraz z mymi siostrami. Tkliwość, z jaką mnie spotkał, nie była dziecinna i od tego dnia zdecydowałam się na niego. Zaraz mnie ostrzegł, ażeby się ukrywać przed bratem, ale niepodobna już było zataić ognia, a zazdrość młodszego uzupełniała romans. Płatał nam tysiące figlów; z przyjemnością niszczył naszą radość i przez to zwiększał namiętność, którą starał się zburzyć.
Tak więc znalazłam rzeczywiście upragnioną owieczkę, a ta namiętność, jak poprzednio choroba, wywarła na mnie ten skutek, że stałam się cicha i zaniechałam hałaśliwych przyjemności. Byłam samotna i wzruszona, a Bóg znowu mnie ogarnął. Pozostał moim powiernikiem i pamiętam dobrze, jak wytrwale, jak łzawo modliłam się za chłopca, wciąż zapadającego w chorobę.
Chociaż w zdarzeniu tym było tak wiele dziecinności, przyczyniło się ono jednak do wykształcenia mego serca. Dla nauczyciela języka francuskiego musieliśmy codziennie zamiast zwykłego tłumaczenia pisywać listy własnego pomysłu. Ja przedstawiałam własne dzieje miłosne pod imionami Fillidy i Damona. Starzec niebawem to przejrzał, a chcąc, bym była szczera, mocno chwalił moją pracę. Stawałam się coraz śmielsza, rozpisywałam się otwarcie i byłam wierna prawdzie nawet w szczegółach. Nie wiem już, przy jakim ustępie miał sposobność powiedzieć:
— Jakie to ładne, jak to naturalne! Ale niech dobra Fillida ma się na baczności; to się wkrótce może stać rzeczą poważną.
Bolało mnie, że do tej pory nie uważał sprawy za poważną, i zapytałam podrażniona, co rozumie przez rzecz poważną? Nie dał się pytać dwa razy i tak wyraźnie się wypowiedział, iż ledwie mogłam ukryć przerażenie. Ale ponieważ zaraz potem poczułam przykrość i wzięłam mu za złe, iż mógł takie mieć myśli, zebrałam siły, a chcąc usprawiedliwić swoją piękność, rzekłam z pałającymi policzkami:
— Ależ, proszę pana, Fillida jest uczciwą dziewczyną!
Otóż był tyle złośliwy, iż wydrwił mnie wraz z moją uczciwą bohaterką, a ponieważ mówiliśmy po francusku, igrał wyrazem honnête, przeprowadzając uczciwość Fillidy przez wszystkie znaczenia. Poczułam śmieszność i strasznie się zmieszałam. On, nie chcąc mnie przestraszyć, urwał, ale przy innych okazjach znów kierował rozmowę na tę drogę. Dramaty i historyjki, jakie przy nim czytałam i tłumaczyłam, dawały mu często powód do okazania, jak słabą ochroną bywa tak zwana cnota przeciw porywom namiętności. Już się nie sprzeciwiałam, lecz potajemnie dręczyło mnie to, a jego uwagi ciążyły mi.
Z moim dobrym Damonem przerwały się powoli wszelkie związki. Złośliwe zabiegi młodszego zniszczyły nasz stosunek. Niedługo potem obaj młodzieńcy zmarli w rozkwicie. Bolało mnie to, lecz wkrótce poszli w niepamięć.
Fillida dorastała szybko, była zupełnie zdrowa i zaczęła widywać świat. Książę dziedziczny ożenił się i wkrótce potem po śmierci ojca wstąpił na tron. Dwór i miasto były w niezmiernym ruchu. Wtedy moja ciekawość miała wiele pożywki. Dawano komedie, bale i wszystko, co się z tym łączy, a chociaż rodzice, o ile mogli, trzymali nas z dala, trzeba jednak było pokazać się na dworze, gdzie zostałam przedstawiona. Obcy napływali, we wszystkich domach był wielki świat; nam samym zarekomendowano kilku kawalerów, a innych wprowadzono do domu, zaś u mego stryja można było napotkać wszystkie narody.
Mój zacny mentor nie przestał mnie ostrzegać w sposób skromny, ale trafny, a ja wciąż miałam mu to za złe. Wcale nie byłam przekonana o prawdzie jego twierdzeń i może miałam też wówczas słuszność, może on jej nie miał, uważając kobiety za tak słabe we wszelkich okolicznościach, lecz mówił zarazem tak natarczywie, iż razu pewnego zdjął mnie strach, że może ma słuszność, rzekłam tedy do niego bardzo żywo: