— Ponieważ niebezpieczeństwo jest tak wielkie, a serce ludzkie tak słabe, prosić będę Boga, żeby mnie uchronił.

Ta naiwna odpowiedź zdawała się go cieszyć; pochwalił moje postanowienie, ale wówczas bynajmniej nie myślałam tego na serio; było to tylko puste słowo, gdyż uczucia dla Niewidzialnego wygasły we mnie prawie zupełnie.Wielki rój, którym była otoczona, czynił mnie roztargnioną i porywał mnie ze sobą jak potężny strumień. Były to najbardziej puste lata mego życia. Całymi dniami mówić o niczym, nie mieć żadnej zdrowej myśli, a tylko marzyć — to były moje sprawy. Nie pomyślałam nawet o ukochanych książkach. Ludzie, którzy mnie otaczali, nie mieli wyobrażenia o umiejętnościach; byli to dworacy niemieccy, a ta klasa nie miała wtedy najmniejszej kultury.

Taki tryb życia, można sobie pomyśleć, musiał mnie chyba zaprowadzić na skraj zepsucia. Żyłam tylko wśród zmysłowej rześkości, nie skupiałam się, nie modliłam, nie myślałam o sobie ani o Bogu, ale poczytuję to za zrządzenie Opatrzności, że nie podobał mi się żaden z tych wielce pięknych, bogatych i dobrze ubranych mężczyzn. Byli rozpustni i nie ukrywali tego; to mnie odstraszyło; swoją rozmowę zaprawiali dwuznacznikami, to mnie obrażało; zachowywałam się względem nich chłodno; ich nieobyczajność przekraczała nieraz wszelką miarę; pozwalałam więc sobie być grubiańska.

Prócz tego mój starzec wyjaśnił mi raz poufnie, iż z większością tych nieznośnych jegomości nie tylko cnota, lecz także i zdrowie dziewczyny bywa w niebezpieczeństwie. Wtedy ogarnął mnie wstręt do nich i już bałam się, jeśli któryś z nich w jakikolwiek sposób zanadto zbliżał się do mnie. Strzegłam się szklanek i filiżanek, jak i krzesła, z którego jeden z nich powstał. Tym sposobem byłam bardzo izolowana moralnie i fizycznie, a wszystkie grzeczności, jakie mi mówili, przyjmowałam dumnie jak należne kadzidło.

Spomiędzy obcych, którzy wtenczas u nas bawili, wyróżnił się mianowicie jeden młodzieniec, którego w żartach przezwaliśmy Narcyzem. Zyskał on sobie rozgłos w zawodzie dyplomatycznym i miał nadzieję otrzymania korzystnego miejsca na naszym nowym dworze wśród różnych zmian, jakie na nim zachodziły. Zaznajomił się niebawem z moim ojcem, a jego wiadomości i postępowanie otwarły mu wstęp do zamkniętego koła najgodniejszych mężów. Ojciec mój mówił wiele na jego pochwałę, a jego piękna postać robiłaby dużo większe wrażenie, gdyby w całej jego istocie nie przebijał się pewien rodzaj upodobania do samego siebie. Widywałam go, myślałam o nim przychylnie, ale nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy.

Na pewnym wielkim balu, na którym i on się znajdował, tańczyliśmy z sobą menueta; ale i to si tańce skończyło bez bliższej znajomości. Kiedy rozpoczęły się żywsze, których zazwyczaj unikałam z miłości do ojca, zatroskanego o moje zdrowie, udałam się do sąsiedniego pokoju i rozmawiałam ze starszymi przyjaciółkami, które zasiadły do gry.

Narcyz, który przez jakiś czas hasał z innymi, również przyszedł do pokoju, w którym się znajdowałam, i uspokoiwszy się po krwawieniu z nosa, które napadło go w tańcu, zaczął ze mną rozmawiać o tym i owym. W ciągu pół godziny rozmowa stała się tak zajmująca, chociaż się do niej nie przymieszał ani cień czułości, że już oboje nie mogliśmy znieść tańca. Drażniono nas tym wkrótce, ale nie daliśmy się wywieść w pole. Następnego wieczoru mogliśmy znowu rozpocząć naszą rozmowę i bardzo dbaliśmy o zdrowie.

Zawiązała się tedy znajomość. Narcyz nadskakiwał mnie i moim siostrom i teraz dopiero znowu zaczęłam baczyć na to, co wiedziałam, o czym myślałam, co czułam i o czym umiałam się wypowiadać w rozmowie. Mój nowy przyjaciel, który od dawna bywał w najlepszych towarzystwach, miał prócz fachu historycznego i politycznego, które znał na wylot, nader rozlegle wiadomości literackie i nie była dla niego obca żadna nowość, jaka się pojawiała we Francji. Przynosił mi i przysyłał niejedną przyjemną i pożyteczną książkę, ale trzeba to było trzymać w większej tajemnicy niż jakieś zakazanie porozumienie miłosne. Ośmieszono uczone kobiety i nie chciano znosić nawet wykształconych, prawdopodobnie dlatego, że poczytywano za niegrzeczne pozwalać na ośmieszanie tylu mężczyzn nieuków. Nawet mój ojciec, dla którego ta nowa sposobność kształcenia mego umysłu wielce była pożądana, żądał wyraźnie, ażeby to literackie zajęcie pozostało tajemnicą.

Tak trwał nasz stosunek prawie okrągły rok, a nie mogę powiedzieć, żeby Narcyz w jakikolwiek sposób okazywał mi miłość lub tkliwość. Pozostał grzeczny i uczynny, ale nie okazywał wcale afektu; zdawało się raczej, że powab najmłodszej mojej siostry, która była wtedy nadzwyczaj piękna, nie był mu obojętny. W żartach nadawał jej różne przyjazne imiona z obcych języków, z których kilkoma mówił bardzo dobrze i z których szczególne zwroty chętnie mieszał do rozmowy niemieckiej. Ona nieszczególnie odwzajemniała jego grzeczności; była uwiązana na innej niteczce, a ponieważ odznaczała się porywczością, a on wrażliwością, to często spierali się o drobnostki. Z matką i ciotkami umiał być na dobrej stopie i tak z wolna stał się członkiem rodziny.

Kto wie, jak długo byśmy jeszcze żyli dalej w ten sposób, gdyby nasze stosunki wskutek szczególnego wypadku nie zmieniły się nagle. Proszono mnie wraz z siostrami do pewnego domu, do którego nie lubiłam chodzić. Towarzystwo było zbyt mieszane i można tam było częstokroć zastać ludzi, jeżeli nie zupełnie nieokrzesanych, to w każdym razie nader płaskich. Tym razem zaproszony był także Narcyz i dla niego byłam skłonna pójść; miałam bowiem przynajmniej pewność, że znajdę kogoś, z kim będę mogła rozmawiać po swojemu. Już przy stole mieliśmy do zniesienia niejedną przykrość, gdyż niektórzy mężczyźni pili okrutnie; po jedzeniu miało i musiało się grać w fanty. Odbywało się to bardzo hałaśliwie i żywo. Narcyz miał zapłacić jakiś fant; polecono mu powiedzieć całemu towarzystwu do ucha coś takiego, co dla każdego byłoby miłe. Może za długo bawił się przy mojej sąsiadce, żonie kapitana. Nagle tenże wyciął mu policzek tak, że mnie, siedzącej tuż obok, posypał się puder w oczy. Kiedy przetarłam oczy i cokolwiek ochłonęłam z przerażenia, ujrzałam obu z gołymi szpadami. Narcyzowi krew płynęła, a tamtego, niepanującego nad sobą od wina, gniewu i zazdrości, ledwie powstrzymywała cała reszta towarzystwa. Wzięłam Narcyza pod ramię i wyprowadziłam drzwiami na piętro, do innego pokoju, a ponieważ nie uważałam mego przyjaciela za bezpiecznego przed jego szalonym przeciwnikiem, natychmiast zaryglowałam drzwi.