Oboje nie uważaliśmy rany za poważną, widzieliśmy bowiem tylko lekkie cięcie przez rękę; wkrótce jednak spostrzegliśmy strumień krwi spływający po plecach i ukazała się wielka rana na głowie. Zdjął mnie strach. Pobiegłam na schody, by posłać po pomoc, ale nie mogłam dostrzec nikogo, gdyż wszyscy pozostali na dole, by poskromić wściekłego człowieka. Na koniec przybiegła, skacząc, jedna z córek domu, a jej wesołość niemało mnie wystraszyła, gdyż z powodu szalonego widowiska i przeklętej komedii zaśmiewała się prawie na śmierć. Prosiłam ją usilnie, by wystarała mi się o chirurga, a ona, szalejąc po swojemu, zbiegła natychmiast ze schodów, by jakiegoś przyprowadzić.

Wróciłam do swego rannego, przewiązałam mu rękę swoją chusteczką, a głowę ręcznikiem, który wisiał na drzwiach. Wciąż silnie krwawił, chirurg nie przychodził, ranny zbladł i zdawał się popadać w omdlenie. W pobliżu nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc; wzięłam go swobodnie w objęcia i starałam się go rozweselić głaskaniem i pieszczotami. Zdawało się, iż działa to jako duchowy środek leczniczy; nie utracił przytomności, ale siedział śmiertelnie blady.

Nadeszła wreszcie skrzętna gospodyni; jakże się przeraziła, ujrzawszy przyjaciela w tej postaci, spoczywającego w moich objęciach, a nas oboje oblanych krwią; nikt bowiem nie wyobrażał sobie, iż Narcyz został ranny, wszyscy sądzili, że go szczęśliwie odciągnęłam.

Wtedy zjawiło się pod dostatkiem wina, pachnącej wódki i wszystkiego, co mogło pokrzepić i orzeźwić; wtedy też przyszedł chirurg; mogłabym więc odejść, ale Narcyz trzymał mnie za rękę, a nawet gdyby mnie nie trzymał, pozostałabym. Podczas przewiązywania nacierałam go wciąż winem i mało zważałam na to, że wokół stało już całe towarzystwo. Chirurg skończył, ranny pożegnał się ze mną w uprzejmym milczeniu i został zaniesiony do domu.

Wtedy pani domu zaprowadziła mnie do swej sypialni; musiała mnie całkiem rozebrać, a nie powinnam zamilczeć, że kiedy zmywano jego krew z mego ciała, po raz pierwszy przypadkiem zauważyłam w zwierciadle, że mogę się uważać za piękną nawet bez okrycia. Nie mogłam wdziać na powrót żadnej sztuki mej odzieży, a ponieważ wszystkie osoby w tym domu były albo niższe, albo tęższe ode mnie, wróciłam więc do siebie, ku najwyższemu zdziwieniu rodziców, w dziwnym przebraniu. Zmartwiło ich okropnie i moje przerażenie, i rany przyjaciela, i szaleństwo kapitana i cały wreszcie wypadek. Mało brakowało, by mój ojciec sam wyzwał kapitana, żeby natychmiast pomścić przyjaciela. Wymyślał na obecnych panów, że zaraz nie skarcili takiego rozbójniczego postępowania; było bowiem aż nadto widoczne, iż kapitan wnet po uderzeniu dobył szpady i zranił Narcyza z tyłu; cięcie przez rękę nastąpiło dopiero wtedy, gdy Narcyz również porwał za szpadę. Byłam nieopisanie wzburzona czy podniecona, czy jak mam się wyrazić; uczucie, które spoczywało na najgłębszym dnie serca, nagle przedarło się jak płomień, który wydostaje się na powietrze. A jeżeli radość i wesele są najodpowiedniejsze do obudzenia miłości i rozdmuchania jej w zaciszu, to przerażenie najłatwiej popycha ją, z natury serdeczną, do zdecydowania się i oświadczenia.

Dano córeczce lekarstwo i położono ją do łóżka. Wczesnym rankiem ojciec pospieszył do zranionego przyjaciela, który leżał bardzo chory na silną gorączkę poranną. Ojciec mało mi powiedział z tego, o czym z nim mówił, i starał się mnie uspokoić co do następstw, jakie mógłby mieć ten wypadek. Mowa była o tym, czy nie można by się zadowolić przeprosinami, czy też sprawę oddać sądowi i o tym podobnych rzeczach. Zbyt dobrze znałam ojca, abym mogła mu była uwierzyć, jakoby życzył sobie zakończenia sprawy bez pojedynku, ale zachowałam milczenie, gdyż dawno się od niego dowiedziałam, iż kobiety nie powinny mieszać się w takie zatargi. Zresztą wcale nie było znać, iżby między dwoma przyjaciółmi zaszło coś, co by mnie dotknęło; jednak niebawem powierzył ojciec mojej matce treść swej dalszej rozmowy.

Narcyz, wedle jego słów, był niezmiernie wzruszony pomocą okazaną mu przeze mnie, uściskał ojca, oświadczył, że jest jego wiecznym dłużnikiem, zapewnił, że nie pragnie wcale szczęścia, jeżeliby nie miał dzielić go ze mną, wyprosił sobie u niego pozwolenie, by uważać go za ojca. Mama wiernie mi to wszystko powtórzyła, dołączając jednak roztropne ostrzeżenie, że nie należy znowu tak bardzo zważać na coś, co powiedziane zostało w pierwszym wzruszeniu.

— Tak, oczywiście — odpowiedziałam z przybranym chłodem, czując przy tym Bóg wie co i jak wiele.

Narcyz chorował całe dwa miesiące, z powodu rany w prawej ręce nie mógł nawet pisać, okazywał mi wszakże w tym czasie swoją pamięć nader zobowiązującym zainteresowaniem. Wszystkie te grzeczności, więcej niż zwyczajne, zestawiłam z tym, co usłyszałam od matki, i moja głowa pełna była ustawicznych majaczeń. Całe miasto gadało o wypadku. Rozmawiano o tym ze mną osobliwym jakimś tonem, wyciągano z tego wnioski, które choć się starałam odsuwać jak najdalej, mocno mnie jednak obchodziły. Co przedtem było igraszką i przyzwyczajeniem, stało się wtedy rzeczą poważną i skłonnością. Niepokój, w jakim żyłam, był tym gwałtowniejszy, im staranniej usiłowałam go ukryć przed wszystkimi. Myśl utracenia Narcyza przerażała mnie, a możność bliższego związku wprawiała mnie w drżenie. Myśl o małżeństwie dla dziewczyny na pół roztropnej ma doprawdy coś przerażającego.

Te silne wstrząsy znowu zwróciły mnie do mnie samej. Różnobarwne obrazy rozproszonego życia, które mi dotychczas dniem i nocą bujały przed oczyma, nagle się rozwiały. Dusza moja znowu zaczęła się budzić, ale dawno przerwana znajomość z niewidzialnym przyjacielem nie dała się tak łatwo zawiązać. Pozostawaliśmy wciąż jeszcze w pewnym oddaleniu; było to już coś, lecz w porównaniu z dawniejszymi czasy zachodziła różnica wielka.