O całej tej sprawie nic nie wiedziałam i bawiłam się dalej po swojemu. Przez czas jakiś nie znaliśmy się.
Razu pewnego odwiedziłam w wolnej chwili chorą przyjaciółkę. Zastałam tu wielu znajomych i niebawem zauważyłam, że przerwałam im jakąś rozmowę. Nie dałam tego po sobie poznać, a ku swemu wielkiemu zdziwieniu spostrzegłam na ścianie parę herrnhuckich obrazów w ozdobnych ramach. Zrozumiałam szybko, co mogło zajść w czasie, odkąd nie byłam w tym domu, i pozdrowiłam to nowe zjawisko kilkoma stosownymi wierszami.
Wyobraźcie sobie zdumienie moich przyjaciółek! Porozumiałyśmy się i natychmiast doszłyśmy do zgody i zaufania.
Starałam się teraz o częstszą sposobność do wyjścia. Niestety, znajdowałam ją tylko co trzy lub cztery tygodnie; zaznajomiłam się z apostołem-szlachcicem, a powoli i z całą tajemną gminą. Kiedy mogłam, uczęszczałam na ich zebrania, a wobec mego towarzyskiego usposobienia było mi nieskończenie przyjemnie słyszeć od innych i udzielać innym tego, co do tej pory wypracowywałam w sobie i z sobą tylko.
Nie byłam tak zacietrzewiona, żebym nie spostrzegła, jak niewielu zaledwie odczuwało znaczenie tkliwych słów i wyrażeń i jak przez to nie posuwano się wcale dalej niż poprzednio przy mowie kościelno-symbolicznej. Mimo to szłam razem z nimi i nie dałam się obałamucić. Myślałam sobie, że nie jestem powołana do badania i doświadczania serca. Przecież już przez niejedno niewinne ćwiczenie byłam przygotowana do czegoś lepszego. Wzięłam ze sobą swoją cząstkę, a doszedłszy do głosu, nastawałam na znaczenie, które przy tak delikatnych przedmiotach raczej zakrywane niż objaśniane bywa słowami, i pozwalałam poza tym z milczącą zgodnością każdemu postępować według swego uznania.
Po tych spokojnych czasach tajemnej towarzyskiej rozkoszy nastąpiły niebawem burze publicznych rozterek i przeciwności, które na dworze i w mieście wywołały wielkie poruszenie, a nawet, można by prawie powiedzieć, spowodowały niejaki skandal. Przyszła chwila, kiedy nasz najwyższy kaznodzieja nadworny, ten wielki przeciwnik gminy herrnhuckiej, miał odkryć ku swemu błogosławionemu upokorzeniu, że jego najlepsi i dawniej najbardziej przywiązani słuchacze wszyscy opowiadają się po stronie gminy. Zabolało go to nadzwyczajnie, w pierwszym momencie zapomniał o wszelkim umiarkowaniu, a potem nie mógł się już cofnąć, nawet gdyby był chciał. Odbyły się gwałtowne dyskusje, w których na szczęście nie byłam wymieniona z imienia, ponieważ byłam jedynie przypadkowym członkiem tak mocno znienawidzonych zebrań, a nasz żarliwy przewodnik nie mógł się w sprawach miejskich obejść bez mego ojca i mego przyjaciela. Zachowałam neutralność z cichym zadowoleniem, gdyż sprawiało mi przykrość rozmawiać o takich uczuciach i przedmiotach nawet z poczciwymi ludźmi, jeżeli nie mogli objąć najgłębszego znaczenia i pozostawali tylko na powierzchni. A spierać się z przeciwnikami o to, o czym ledwie można było dojść do zgody z przyjaciółmi, wydawało mi się rzeczą nieużyteczną, a nawet zgubną. Wkrótce bowiem mogłam zauważyć, że mili, szlachetni ludzie, którzy w tym wypadku nie mogli powstrzymać swego serca od wstrętu i nienawiści, przechodzili bardzo prędko do niesprawiedliwości i broniąc formy zewnętrznej, burzyli niemal najlepszą cząstkę swej duszy.
Jakkolwiek ten godny człowiek mógł w tym wypadku nie mieć zgoła słuszności i jakkolwiek starano się bardzo pobudzić mnie przeciwko niemu, nigdy nie mogłam mu odmówić serdecznego szacunku. Znałam go dobrze, mogłam się z łatwością wczuć się w jego sposób patrzenia na te rzeczy. Nigdy nie widziałam człowieka bez słabości, jest ona tylko bardziej rażąca u ludzi doskonałych. Pragniemy, chcemy bądź co bądź, żeby ci, którzy są tak mocno uprzywilejowani, nie płacili też żadnego haraczu, żadnych podatków. Szanowałam go jako doskonałego człowieka i miałam nadzieję, że użyję wpływu mojej cichej neutralności, jeżeli nie do sprowadzenia pokoju, to przynajmniej rozejmu. Nie wiem, czego bym dokonała; Bóg krócej załatwił sprawę i wziął go do siebie. Przy jego marach płakali wszyscy, którzy krótko przedtem spierali się z nim o słowa. Jego uczciwości, jego bojaźni Bożej nikt nigdy nie podawał w wątpliwość.
I ja musiałam w tym czasie wypuścić z rąk bawidełka, które mi wskutek tych rozterek ukazały się do pewnego stopnia w odmiennym świetle. Stryj przeprowadził w cichości swoje plany co do mej siostry. Przedstawił jej pewnego młodzieńca z dobrym urodzeniem i majątkiem jako narzeczonego i zdobył się na bogatą wyprawę, jak się tego po nim można było spodziewać. Ojciec mój zezwolił z radością; siostra była wolna i przygotowana i chętnie zmieniła swój stan. Wesele odbyło się na zamku stryja; zaproszona była rodzina i przyjaciele; zjechaliśmy się wszyscy w pogodnym nastroju ducha.
Po raz pierwszy w mym życiu wejście do domu wywołało we mnie podziw. Często wprawdzie słyszałam o smaku stryja, o jego włoskim budowniczym, o jego zbiorach i bibliotece, porównywałam jednak to wszystko z tym, co już widziałam, i w myśli wyrobiłam sobie o tym obraz bardzo niejednolity. Jakże więc zdziwiło mnie poważne i harmonijne wrażenie, którego doznałam, wchodząc do domu, a które wzmagało się w każdej sali i pokoju. Kiedy dawniej wspaniałość i ozdoby wprawiały mnie tylko w roztargnienie, tu czułam się skupiona i zwrócona ku sobie samej. Także we wszystkich przygotowaniach do uroczystości i uczt wspaniałość i godność budziły cichą przyjemność i równie niepojęte było dla mnie, jak jeden człowiek mógł to wszystko obmyślić i ułożyć, oraz jak mogło zjednoczyć się wielu, by wspólnie działać w tak rozległym duchu. A przy tym wszystkim i gospodarz, i jego domownicy wydawali się tak naturalni, że niepodobna było dostrzec ani śladu sztywności lub pustego ceremoniału.
Sam obrzęd ślubu rozpoczął się niespodzianie w serdeczny sposób; zaskoczyła nas wyborna muzyka wokalna, a ksiądz umiał nadać tej ceremonii całą uroczystość prawdy. Stałam obok Filona, a on zamiast mi winszować szczęścia, rzekł z głębokim westchnieniem: