Czytałam w swym życiu niesłychanie dużo, a w pewnych gałęziach prawie żadna książka nie była mi obca, tym przyjemniej więc było rozmawiać mi tu o przeglądzie całości i spostrzegać luki tam, gdzie dawniej widziałam tylko ograniczone zamieszanie lub nieskończoną rozciągłość.

Równocześnie zaznajomiliśmy się z wielce zajmującym cichym człowiekiem. Był on lekarzem i przyrodnikiem i zdawał się należeć raczej do penatów141 niż do mieszkańców domu. Pokazał nam gabinet naturalny, który podobnie jak biblioteka w zamkniętych oszklonych szafach ozdabiał zarazem ściany pokojów i uszlachetniał przestrzeń, nie zacieśniając jej. Tu z radością przypomniałam sobie swoją młodość i pokazywałam ojcu wiele przedmiotów, jakie niegdyś znosił na łóżko chorego dziecka, które ledwie na świat wyjrzało. Lekarz nie ukrywał przy tym bynajmniej, tak samo jak i w późniejszych rozmowach, że ma zbliżone do mnie przekonania religijne, niezmiernie chwalił mego stryja za jego tolerancję i cenienie wszystkiego, co wskazuje i wzmaga wartość i jedność natury ludzkiej, dodając, że wymaga on od wszystkich ludzi tego samego i niczego bardziej nie zwykł potępiać i unikać niż indywidualnej zarozumiałości i wyłączającej ciasnoty umysłowej.

Od ślubu mojej siostry było widać radość w oczach stryja; rozmawiał też ze mną po kilka razy o tym, co zamierza zrobić dla niej i dla jej dzieci. Miał on piękne dobra, które sam zagospodarował i które spodziewał się oddać swoim siostrzeńcom w jak najlepszym stanie. Co do mająteczku, w którym się znajdowaliśmy, miał on, zdaje się, jakieś szczególne widoki.

— Pozostawię go tylko takiej osobie — powiedział — która potrafi się poznać, ocenić i cieszyć się tym, co zawiera, i która zrozumie, jak dalece bogacz znakomitego rodu, zwłaszcza w Niemczech, potrzebuje wykazać coś wzorowego.

Już większość gości powoli się rozproszyła, i my gotowaliśmy się do odjazdu i sądziliśmy, że byliśmy na ostatniej scenie uroczystości, gdy zostaliśmy na nowo zaskoczeni jego dbałością, żeby nam sprawić istotną przyjemność. Nie mogliśmy ukryć przed nim zachwytu, jakiego doznaliśmy, gdy przy ślubie mojej siostry dał się słyszeć chór głosów ludzkich, któremu nie towarzyszył żaden instrument. Namawialiśmy go, aby znów dał nam tę przyjemność, ale on nie zdawał się o tym myśleć. Jakąż więc było dla nas niespodzianką, gdy pewnego wieczoru rzekł do nas:

— Muzyka taneczna oddaliła się, młodzi, ochoczy przyjaciele nas opuścili, nawet para nowożeńców wygląda już poważniej niż przed kilkoma dniami, a rozstanie się w takiej epoce, kiedy może nigdy się nie zobaczymy, a przynajmniej w innych warunkach widzieć się będziemy, budzi w nas nastrój uroczysty, którego nie mogę zaspokoić szlachetniej, jak za pomocą muzyki, której powtórzenia zdawaliście się życzyć sobie już dawniej.

Kazał tedy chórowi, który się tymczasem wzmocnił i po cichu jeszcze więcej wyćwiczył, odśpiewać śpiewy cztero- i ośmiogłosowe, które dały nam, muszę to powiedzieć, rzeczywiście przedsmak błogości niebiańskiej. Znałam dotychczas tylko śpiew pobożny, w którym poczciwe dusze jak ptaszęta leśne, częstokroć z ochrypłą krtanią, sądzą, że chwalą Boga, sprawiając sobie samym przyjemne wrażenie, dalej — pustą muzykę koncertową, która budzi w nas bądź co bądź podziw dla talentu, ale przemijające jedynie zadowolenie. Teraz słyszałam muzykę, wypływającą z najgłębszych tajni najdoskonalszych natur ludzkich, która za pomocą określonych i wykształconych organów w harmonijnej jedności przemawiała do najgłębszych również skrytek człowieka i dawała mu rzeczywiście żywo odczuwać w tej chwili swoje boskie podobieństwo. Były to łacińskie pieśni kościelne, które się odbijały jak drogie kamienie w złotym pierścieniu cywilizowanego, światowego towarzystwa, a mnie, nie wymagając tak zwanego zbudowania się, podnosiły w duchu najwyżej i czyniły szczęśliwą.

Przy odjeździe wszyscy zostaliśmy obdarowani w najszlachetniejszy sposób. Mnie wręczył stryj krzyż orderowy mojego zakonu, kunsztowniej i piękniej obrobiony i emaliowany niż zwykle. Wisiał on na wielkim brylancie, którym zarazem był przymocowany na wstędze i który prosił o uznanie za najszlachetniejszy kamień zbioru przyrodniczego.

Siostra moja wraz z małżonkiem udała się do swoich dóbr; reszta z nas wróciła do swych domów i zdawało się nam, że co do naszego zewnętrznego otoczenia wpadliśmy w życie całkiem pospolite. Byliśmy jakby przeniesieni z czarodziejskiego zamku na płaską ziemię i musieliśmy znowu zachowywać się i radzić sobie po swojemu.

Dziwne doświadczenia, jakiem porobiłam w tym nowym kole, pozostawiły mi piękne wrażenie; nie trwało ono jednak długo w całej żywości swojej, chociaż stryj starał się je podtrzymywać i odnawiać, przesyłając mi od czasu do czasu coś z najlepszych swoich i najmilszych dzieł sztuki, a kiedy się nimi dostatecznie nacieszyłam, zamieniając je znowu na inne.